środa, 12 sierpnia 2015

Rozdział III część 2

Starożytne runy były jednym z niewielu przedmiotów, które lubiłam i w miarę szybko się ich uczyłam. Właściwie były jedynym takim przedmiotem, gdybym mogła, zdawałabym OWUTEMy tylko z tego. Niestety, jak dowiedziałam się od profesora Iliakowa, po starożytnych runach można znaleźć pracę w niewielu miejscach w Anglii, no i nikt nie przyjmie mnie, jeśli zdam tylko jeden przedmiot.
Na lekcjach profesor Grace Williams, która nauczała starożytnych run, mogłam się wyciszyć i czasem, jeśli akurat miałam dobry dzień, potrafiłam nawet zapomnieć o wszystkich problemach. Dzisiaj naprawdę mi się to przyda, więc po obiedzie (na który wszyscy Ślizgoni poszli bez obaw, że ktoś nagle się na nich rzuci) pobiegłam tylko do dormitorium po podręczniki i jeszcze na przerwie weszłam do klasy na drugim piętrze. Było to naprawdę małe pomieszczenie, ledwo zmieściło się w nim piętnaście podwójnych ławek, który stały tak ściśnięte, że trudno było między nimi przejść. Zawsze siedziałam z przodu, ponieważ profesor Williams mówiła bardzo cicho.  Większość uczniów zajmowała miejsca z tyłu, jednak tym razem w pierwszym rzędzie wolne było tylko jedno krzesło, obok Roxanne Weasley. Mimo nazwiska nie była podobna do swoich kuzynów z Gryffindoru. Jasne włosy o odcieniu prawie takim samym jak Scorpiusa (wszyscy dokuczali mu, że ma siostrę w Hufflepuffie), spływały falami na jej wąskie plecy. Była drobna, niska i chudziutka, miałam wrażenie, że rozpadnie się na malutkie kawałeczki, jeśli przez przypadek ją szturchnę. Po Weasleyach odziedziczyła jedynie nazwisko i brązowy kolor oczu i naprawdę nigdy nie zorientowałabym się, że jest z nimi spokrewniona.
Uśmiechnęła się do mnie leciutko – wszystko, co robiła, było delikatne. Niektórzy mogliby nawet stwierdzić, że aż sztuczne. Ja jednak znałam ją prawie cztery lata i chociaż nie rozmawiałyśmy zbyt często, zdążyłam ją już trochę poznać. Wydawało mi się, że nieśmiałość czasem bardzo jej przeszkadzała i  bardzo chciałaby bliżej mnie poznać, jednak to uczucie mijało po paru minutach. Zawsze zastępowało je wrażenie, że przyjaźnie między domami były prawie niemożliwe.
Z braku innej możliwości zajęłam miejsce obok Roxanne. Chciałam, naprawdę chciałam się do niej odezwać, to pomogłoby nam w ponownym ociepleniu stosunków między Slytherinem a resztą Hogwartu. Jednak zamiast rozpocząć jakąś niezwykle ciekawą rozmowę, przesadnie długo wyciągałam podręczniki. Dopiero gdy skończyły mi się pomysły na rzeczy, które mogłabym wygrzebać z torby, wyprostowałam się i wpatrzyłam w czarną tablicę.
– Wczorajszy mecz był naprawdę ekscytujący, prawda? – zapytała Roxanne. Nie muszę chyba mówić, że zupełnie się tego nie spodziewałam.
– Taa, jasne – mruknęłam bez większego entuzjazmu.
– Najbardziej podobała mi się ta akcja Ślizgonów na samym początku, wiesz, to było takie bum – w tym momencie pokazała rękami, jakby coś naprawdę wybuchło – na samo wejście, aż chciałam wam kibicować.
To było podejrzane. Naprawdę podejrzane i niecodzienne. Zaczynałam zastanawiać się, co mogłaby osiągnąć przez rozmowę ze mną.
Tymczasem Roxanne dalej rozwodziła się nad cudowną grą Ślizgonów:
– Albo to, jak Nott uniknęła tłuczka i w dodatku strzeliła gola! – Och super, trafiła w obręcz, to takie niespotykane w quidditchu! Puchoni naprawdę ekscytują się błahymi sprawami. A myślałam, że to tylko legendy. – A potem, kiedy Krukoni zarobili pierwsze punkty, widziałaś to?
– Nie, akurat wtedy odwiedził mnie znajomy z łazienki, którego nikt inny nie widzi – odburknęłam, zanim zdołałam się powstrzymać. Byłam na siebie zła, w końcu mogłabym czasem zapanować chociaż nad własnym językiem.
Roxanne wyglądała na zdezorientowaną, ale chyba uznała, że to tylko ślizgońskie gadanie. Slytherin słynął z ludzi posiadających nadzwyczajną zdolność pokazywania innym, że ma się ich gdzieś. I chociaż czasami chcieliśmy – naprawdę chcieliśmy – to zmienić, i tak nic z tego nie wychodziło. W każdym razie nic dobrego.
Teraz jednak wyszło mi to na dobre (a przynajmniej częściowo), ponieważ Roxanne najpewniej pomyślała, że sobie z niej kpię. W końcu Ślizgon, który nie ogląda całego meczu quidditcha, to jak profesor Iliakow niezadający żadnej pracy domowej.
– W każdym razie – Roxanne chyba postanowiła, że zignoruje moją głupią odpowiedź – bardzo się cieszę, że wygraliście.
Gdybym w tej chwili coś jadła, na pewno bym się zakrztusiła. Ostatni raz tak mnie zatkało, kiedy po raz pierwszy znalazłam parę galeonów w swojej kieszeni. Podobnie jak wtedy, teraz też wykrztusiłam jedynie:
– Co?
– Uważam, że należy wam się coś od życia – wyjaśniła Roxanne. – Wszyscy mówią, że jesteście małymi, podstępnymi żmijami – uśmiechnęłam się pod nosem – ale to tylko stereotypy, a ja nie lubię określać kogoś na podstawie czynów ich przodków. Z góry więc zakładam, że nie jesteście aż tak straszni, jak wszyscy uważają, nawet jeśli niektórym zdarza się czasem powiedzieć coś głupiego.
Byłam zaskoczona jej przemową, a tym bardziej niezbyt popularnymi poglądami. Przez siedem lat życia w Hogwarcie nie spotkałam nikogo, kto myślałby podobnie (cóż, może po części dlatego, że rzadko rozmawiałam z członkami innych domów). Dlatego poczułam przemożną chęć wytłumaczenia Scorpiusa i przeproszenia za niego. Nigdy nie sądziłam, że stanie się coś takiego, ale muszę przyznać, że poczułam się po prostu głupio.
– Salazarze, przepraszam za Scorpiusa. Normalnie by tego nie powiedział, ale wiesz, nerwy związane z meczem…
Nagle zabrakło mi słów. Nie potrafiłam powiedzieć nic więcej, jakby niespodziewanie coś się we mnie zablokowało. Na szczęście profesor Williams wykazała się idealnym wyczuciem czasu i akurat w tym momencie pojawiła się w klasie.
– Mówiłam, że nie wszyscy jesteście tacy sami – powiedziała cicho Roxanne i uśmiechnęła się ciepło.
Do końca lekcji nie odezwałyśmy się do siebie, ale tym razem milczenie nie było tak krępujące jak zazwyczaj.
***
Starożytne runy były moją ostatnią lekcją w poniedziałki, w przeciwieństwie do Albusa i Scorpiusa, którzy mieli przed sobą jeszcze godzinę numerologii. Postanowiłam wykorzystać ten czas, by w końcu wysłać list do Holly. Leżał na mojej szafce nocnej od wczoraj, kiedy to byłam zbyt zajęta przyjmowaniem gratulacji od Ślizgonów – w końcu razem ze Score’em dokonaliśmy niemal cudu.
– Hej, Audrey! – krzyknął do mnie Asa, gdy pojawiłam się w pokoju wspólnym Slytherinu. Siedział na jednej ze skórzanych kanap po mojej lewej stronie, razem z paroma Ślizgonami z szóstej i siódmej klasy, których kojarzyłam jedynie z wyglądu. Nie miałam zamiaru znów odkładać wysyłania listu, dlatego pomachałam do niego i skierowałam się do dormitorium.
W sowiarni o tej porze roku zapewne było zimno, więc wyciągnęłam z kufra ciepłą pelerynę z naszywką z herbem Slytherinu na piersi. Po rozmowie z Roxanne po raz pierwszy poczułam, że mogę być dumna z bycia Ślizgonką i nikt nie ma prawa mi tej dumy odebrać.
Chwyciłam list leżący na szafce nocnej i pomaszerowałam do sowiarni. Kiedy przechodziłam przez pokój wspólny, Asa milczał, ale czułam na sobie jego spojrzenie śledzące każdy mój krok. Na korytarzach panował duży tłok, a mnie zależało na szybkim dotarciu na miejsce, więc użyłam paru tajemnych przejść, które odkryłam razem z Alem i Scorpiusem podczas naszych nocnych eskapad z Mapą Huncwotów i peleryną–niewidką. Te skróty bywały naprawdę przydatne w takich sytuacjach, a sprawdzały się jeszcze lepiej, gdy o trzeciej w nocy zachce ci się jeść.
Tak jak podejrzewałam, w sowiarni wiał porywisty wiatr, a temperatura spadła dużo poniżej zera. Zresztą nie ma się czemu dziwić – to była jedna z wyższych wież w Hogwarcie, a tegoroczna zima nas nie oszczędzała.
Ściskając list w rękach, przechadzałam się w tę i z powrotem przed żerdziami, na których pohukiwały sowy różnego rodzaju. Kusiło mnie, by wybrać malutką, uroczą sówkę, której imienia nie mogłam przeczytać, ponieważ tabliczka była pokryta odchodami, ale bałam się, że nie poradzi sobie w taką pogodę. Dlatego na ramię przywołałam dużą sowę śnieżną, która aż prosiła się o wyruszenie w podróż. Przywiązałam do jej nóżki list i dałam smakołyk, który wcześniej zabrałam z dormitorium.
Prawie podskoczyłam (co mogło się skończyć bardzo źle, biorąc pod uwagę oblodzone kamienne podłoże), kiedy znów usłyszałam ten głos.
Przede mną stał dokładnie ten sam chłopak, którego widziałam w sobotę podczas meczu. Po prostu się pojawił, jakby mógł materializować się w dowolnym miejscu o dowolnej porze bez większego problemu. Wyglądał, jakby za chwilę znów miał się rozpłynąć, dlatego chciałam coś powiedzieć, cokolwiek, byleby go zatrzymać. Na szczęście zaczął mówić pierwszy.
– Przepraszam za tamto na stadionie. I w łazience. Byłem strasznie ciekawy, jak teraz wyglądasz – oznajmił skruszonym głosem. Mówił cicho, ale jakimś cudem rozumiałam wszystkie jego słowa, jakby przekazywał mi je prosto do mózgu. – Na Hadesa, tyle się o tobie mówi w obozie, nie mogłem…
– Chwila – przerwałam. Odczuwałam irracjonalną potrzebę mówienia w taki sam sposób jak on, prawie jakbym chciała mu zaimponować albo co najmniej dorównać. Jego słowa obijały mi się w mózgu, który nagle zawierał tylko to, dlatego miałam pewne problemy z wyartykułowaniem czegokolwiek. – Jak to „teraz wyglądam”… jaki obóz? Kim ty w ogóle jesteś?
Przez twarz mojego jeszcze–tajemniczego znajomego przebiegł cień zdumienia i zawodu.
– Więc naprawdę nic nie pamiętasz. – Powiedział to bardziej do siebie, dlatego nie skomentowałam i czekałam na wyjaśnienia. – Jestem Nico di Angelo. Nie czas teraz na tłumaczenie wszystkiego od początku, poza tym myślę, że domyślasz się odpowiedzi na co najmniej jedno pytanie. – Uśmiechnął się tajemniczo pod nosem. – Powinnaś wiedzieć, że nie jesteś już tutaj bezpieczna, dlatego musisz być ostrożniejsza niż zazwyczaj.
Prychnęłam. Jasne, nie ma nic prostszego.
– Co się stanie 22 grudnia? – zapytałam, zanim zdążył mnie jeszcze bardziej nastraszyć. – Dlaczego akurat ciebie do mnie przysłali, kimkolwiek są? Dlaczego ten sobowtór Richie’ego z Fatalnych Jędz twierdzi, że jest moim ojcem? – Naprawdę chciałam się powstrzymać przed zadawaniem tych wszystkich pytań, ale kiedy wreszcie znalazłam kogoś, kto potrafił na nie odpowiedzieć, po prostu nie mogłam.
Nico di Angelo przyglądał mi się przez dłuższą chwilę, aż w końcu zapytał:
– Kim są Fatalne Jędze?
Skrzyżowałam ręce na piersiach.
– Nie mam zamiaru odpowiadać na twoje pytania, dopóki ty nie odpowiesz na moje.
W tym momencie na schodach rozległy się kroki i usłyszałam damski głos:
– Audrey?
Następnie wydarzyły się dwie rzeczy: Nico szepnął „do zobaczenia za dwa tygodnie” i zniknął, a na szczycie oblodzonych schodów pojawiła się Jacqueline Nott. Jej skóra była równie biała jak śnieg, co nadawało jej nieco upiornego wyglądu.
– Z kim rozmawiasz? – zapytała, rozglądając się wokoło.
Wymamrotałam coś w odpowiedzi i szybko ją wyminęłam. Po paru sekundach (w głowie rozbrzmiewały mi słowa Nico o zachowaniu ostrożności) znalazłam się już w ciepłej części zamku. Naprawdę nie miałam pojęcia, jakim cudem udało mi się nie zlecieć ze schodów pokrytych grubą warstwą lodu. Usiadłam przy ścianie i ukryłam twarz w dłoniach.
Oficjalnie stwierdziłam, że zwariowałam.
***
Następne dwa tygodnie minęły zdecydowanie za szybko. Kompletnie nie byłam przygotowana na to, co miało się stać. Cóż, pewnie byłoby mi łatwiej, gdyby wiedziała, co mnie czeka. Ten czas obfitował w ciekawe i mniej ciekawe wydarzenia, ale było ich tak dużo, że musiałam zanotować wszystkie w czarnym zeszycie, który kupiłam kiedyś w Hogsmeade. Kojarzył mi się z „Potworną Księgą Potworów”, bo gdy nie wypowiedziało się odpowiedniego hasła, by go otworzyć, próbował odgryźć palce. Naprawdę przydatna sztuczka, gdy mieszka się w dormitorium pełnym ciekawskich dziewczyn.
Pierwszym wydarzeniem, które znalazło się w moim zeszycie, była informacja o próbie obrabowania Gringotta. Wkleiłam tam cały wycinek z Proroka Codziennego, w którym oczywiście nie wspomniano, co właściwie chcieli ukraść złodzieje, ale uznałam, że tak ważnego momentu w historii nie mogę zignorować.
– Ojciec opowiadał mi – oznajmił Albus zaraz po przeczytaniu artykułu – że kiedy on był w pierwszej klasie, zdarzyło się coś podobnego. Ktoś chciał ukraść kamień filozoficzny.
– Który twój ojciec potem sam znalazł, tak, wiemy – Scorpius zmarszczył brwi. – Myślicie, że to coś podobnego?
– Magiczny artefakt zapewniający wieczne szczęście i młodość? Kto wie, co oni chowają w tych skrytkach – odparłam, nakładając sobie pomidory na kanapkę. Wyjątkowo nie miałam wrażenia, że wszyscy bezczelnie się na mnie gapią, więc chociaż raz nie musiałam przejmować się, że przypadkowo ukradnę komuś pieniądze.
– Chciałbym wiedzieć, gdzie to coś się teraz znajduje – powiedział Al, po czym, widząc nasze zdezorientowane miny, dodał: – To oczywiste, że nie trzymają już tego w banku. Może przenieśli do Hogwartu, tak jak kamień? Merlinie, naprawdę chciałbym to odnaleźć.
– Chyba nie mówisz poważnie, nie będziemy się bawić w twojego ojca – oznajmiłam stanowczo. – Nie dość ci zamieszania ze starożytnymi bogami?
Powiedziałam to odrobinę za głośno i parę osób siedzących w zasięgu mojego głosu, spojrzało na nas z zaciekawieniem.
– To „zamieszanie” skończy się za parę dni, Audrey – zauważył Scorpius. – Przecież nie możemy po prostu siedzieć i uczyć się do OWUTEMów jak normalni ludzie – dodał, śmiejąc się cicho.
– Nieważne,  to tylko takie marzenia, które nigdy się nie zrealizują. – Albus przyciągnął do siebie Proroka i jeszcze raz przeleciał wzrokiem cały tekst.
– O jakich marzeniach konkretnie rozmawiamy? – zapytał Asa Rowle, siadając obok mnie. Jęknęłam w duchu, kiedy poczułam, jak przyjemne uczucie bycia ignorowaną przez cały wszechświat prysnęło niczym bańka mydlana.
– Cóż, i tak nie będziesz potrafił ich spełnić – odparł Score z nutą irytacji w głosie.
Asa puścił to mimo uszu i wskazał na gazetę leżącą przed Alem.
– Widzę, że wy też już wiecie. Cały zamek kompletnie oszalał. Chodzą plotki, że Gryfoni chcą organizować jakieś wyprawy poszukiwawcze, że niby na wzór ich wspaniałego idola. – Zerknął na Albusa. – Bez obrazy, stary, ale totalnie ogłupieli na punkcie tej historii z twoim ojcem.
Al westchnął.
– Biedna Lily – powiedział Score z udawanym współczuciem – pewnie musi w kółko opowiadać tę historię. Może powinieneś ich jakoś nastraszyć, żeby się od niej odczepili? – zwrócił się do Albusa.
– Wydaje mi się, że Lily ma ogromne doświadczenie, jeśli chodzi o odpędzanie natrętnych ludzi – odparłam zamiast Ala. Lily Potter cieszyła się ogromnym zainteresowaniem w Hogwarcie, zarówno ze strony męskiej jak i żeńskiej.
– Naprawdę nie zamierzacie tego szukać? – zapytał Asa z niedowierzaniem, wracając do tematu kradzieży. – Myślałem, że ty, Potter, masz we krwi pakowanie się tam, gdzie nie trzeba.
– Przepraszamy, że tak cię zawiedliśmy, Rowle – odparł Scorpius,  a w jego głosie dało się usłyszeć ostrzeżenie. – Mogę cię zapakować do szafki zniknięć, ale na więcej nie licz.

           Drugą rzeczą, która trafiła do drapieżnego zeszytu, to godziny spędzone w bibliotece razem z moimi ulubionymi Ślizgonami. Zapisałam praktycznie wszystko, co znaleźliśmy w wypożyczonych przez Albusa książkach. Wciąż zadziwiało mnie to, że pani Pince dała się nabrać na to, że Al przygotowuje się do OWUTEMów i potrzebuje tych wszystkich ksiąg, zwłaszcza, że w programie nauczania nie było nawet wzmianki o jakiejkolwiek mitologii.
Po spotkaniu z Nico di Angelo prawie natychmiast opowiedziałam o wszystkim Albusowi i Scorpiusowi. Myślałam, że to jakoś pomoże mojemu biednemu mózgów, który chyba zamienił się w papkę, ale nic z tego. Magia, czarodzieje, przedziwne zwierzęta i rośliny, nawet zeszyty gryzące palce, były dla mnie normą, bo miałam z nimi do czynienia właściwie od momentu narodzin. Ale starożytni bogowie, którzy mają dzieci ze śmiertelnikami, potwory i przepowiednie to zupełnie co innego. Można by założyć, że łatwo będzie mi to przyswoić, ale było dokładnie odwrotnie. Nie potrafiłam ogarnąć tego natłoku informacji. Tego, że ktoś jeszcze wierzy w takie brednie. Tego, że mój ojciec jest bogiem, w dodatku bogiem umarłych.
– To jakiś głupi żart – powiedziałam któregoś razu w trakcie naszych zebrań w bibliotece. – A wy na pewno maczaliście w tym palce.
– Musiałbym stracić rozum, żeby cię wkręcać – odparł spokojnie Score. – Poza tym nawet my nie mamy takiej wyobraźni.
Nie mówiłam im tego, ale byłam cholernie wdzięczna za pomoc. Nie musieli spędzać ze mną tyle czasu w bibliotece, że nie wspomnę o wysłuchiwaniu tej historii i o problemach, z którymi na pewno nie zmagały się inne Ślizgonki. Poza nimi mogłam zwrócić się jedynie do Holly, której list był trzecią rzeczą znajdującą się w moim zeszycie:

Kochana Audrey!
Zanim przejdę do rzeczy, muszę na Ciebie nakrzyczeć, więc wyobraź sobie, że stoję obok i krzyczę. I lepiej ciesz się, że nie przysłałam Ci wyjca!
Bogowie, już myślałam, że umarłaś! Jakim prawem nie odzywasz się do mnie przez tak długi czas? Zwłaszcza, że, jak widzę, wokół Ciebie dzieją się różne interesujące rzeczy.
W tym momencie zrobiło mi się trochę głupio, ponieważ faktycznie ostatni list do Holly wysłałam na początku roku szkolnego.
To ma się więcej nie powtórzyć, zrozumiano?
 À propos tych wydarzeń: gdybym nie wiedziała, że masz zadziwiającą zdolność pakowania się w kłopoty, pomyślałabym, że to wszystko jest wyjątkowo kiepskim dowcipem. Niby jakim cudem nagle okazuje się, że istnieją bogowie? Mimo wszystko musisz wziąć pod uwagę możliwość, że ktoś robi sobie z Ciebie żarty, choć szczerze mówiąc, sama w to wątpię. Myślę, że musimy poszukać czegoś na ten temat, poszperać w starych książkach, nawet tych mugolskich.
Niewiele mogę Ci jeszcze doradzić, więc po prostu bądź ostrożna. Nie wiadomo, co się za tym wszystkim kryje.
Pozdrów ode mnie Albusa i Score’a!
Holly

– No to nam pomogła, nie ma co – skomentował jadowicie Scorpius, kiedy on i Al przeczytali list.
– Odpisz, że my też pozdrawiamy i mamy nadzieję, że przyda jej się nasz świąteczny prezent – dodał Al, uśmiechając się znacząco do Scorpiusa. Wysyłanie sobie głupich prezentów było ich tradycją od dobrych pięciu lat i każdego roku wymyślali coś gorszego. W te święta w grę wchodził sedes („niech pozna wystrój brytyjskich łazienek, w Ameryce na pewno takich nie mają”, chociaż wydawało mi się, że chcą zrobić coś, co kiedyś nie udało się wujkom Albusa) albo paczka specjalnie dobranych niespodzianek z Magicznych Dowcipów Weasleyów, które Albus pewnie dostanie za darmo. Czasem zastanawiałam się, dlaczego w ogóle się z nimi przyjaźnię.
Nie rozmawialiśmy dużo o liście, ponieważ  – jak powiedział Scorpius – w zasadzie nic nowego nie wniósł. Musiałam przyznać, że Holly jednak nie jest wszechwiedząca. Poza tym ma własne życie i problemy, a ja byłam tak zajęta swoimi, że nawet jej o to nie zapytałam.
Mimo wszystko wydawało mi się, że coś nie pasuje w tym liście. Czytałam go w każdej wolnej chwili, ale przez kilka dni nie mogłam nic znaleźć. Udało mi się to dopiero dwa dni przed urodzinami. Leżałam już w łóżku, kiedy tknęło mnie przeczucie. Zapaliłam różdżkę, która rozjarzyła się jasnym światłem, rzucając światło na śpiące dziewczyny. Claire przechylała się niebezpiecznie nad krawędzią łóżka, ale nie zwróciłam na to specjalnej uwagi. Sięgnęłam do kufra i wyciągnęłam z niego podręcznik od starożytnych run, w którym trzymałam list od Holly. Serce waliło mi w klatce piersiowej, kiedy czytałam go po raz kolejny, z tym że teraz szukałam czegoś konkretnego.
„Bogowie, już myślałam, że umarłaś!”
Czarodzieje nie używali tego słowa. My mieliśmy swojego Merlina, Salazara, galopujące hipogryfy albo skrzeczące mandragory. Nagle przypomniałam sobie spotkanie z Nico di Angelo, który powiedział coś podobnego.
Zgasiłam różdżkę i opadłam z powrotem na łóżko. Byłam prawie pewna, że tej nocy już nie zasnę, ale i tak zamknęłam oczy. Moje serce nadal biło jak szalone, a z mózgu powoli wypływały wszystkie informacje, aż w końcu pozostała tylko jedna myśl.

Holly Rhodes nie była do końca tym, za kogo się podawała.

_______________________________________

No tak, nawet nie wiem, jak mam zacząć. Nie będę znowu przepraszać, bo po pierwsze raczej nie ma kogo, a po drugie jest mi głupio tak ciągle błagać o wybaczenie. Nie będę też obiecywać, że od teraz rozdziały będą pojawiały się regularnie - wręcz przeciwnie, nie mam pojęcia, kiedy cokolwiek znowu tu napiszę. Tak, blog to odpowiedzialność, blablabla, wszystko rozumiem, ale ja z reguły jestem zmęczona (szkołą albo po prostu życiem), dodatkowo w tym roku czeka mnie dłuższy pobyt w szpitalu... naprawdę, nie spodziewajcie się jakiegoś wielkiego powrotu. CO OCZYWIŚCIE NIE ZNACZY, ŻE ODESZŁAM NA DOBRE. Mam w sobie coś takiego, że muszę dokończyć to, co zaczęłam, więc spoczko foczko, luzujemy majty i żyjemy dalej, a Dianka kiedyś napisze do końca Herosów. Może za rok, może za dwa, a może za dwadzieścia, kto wie? Ale na pewno jeszcze tu wrócę. 
Cóż, pozostaje mi życzyć wam udanych wakacji i spokojnego powrotu do szkoły. 
PS Jeśli ktoś chciałby się ze mną skontaktować, zapraszam na mojego tumblra, na pewno odpowiem :)

środa, 11 lutego 2015

Rozdział III part 1

Dawno nie ogarnęła mnie taka panika, mimo to zatrzymałam się przed drzwiami do sypialni chłopców i wzięłam parę głębokich oddechów. Al i Scorpius widzieli mnie już w gorszym stanie, ale nie mogłam zapomnieć o pozostałych chłopakach z mojego roku, którzy na pewno nie byli przyzwyczajeni do spoconych, zaspanych i znerwicowanych dziewczyn wpadających do ich sypialni o szóstej rano.
Mimo stresu zauważyłam, że w tym pomieszczeniu panował nadzwyczajny porządek. Żadnych szeleszczących papierków ani ubrań na podłodze – albo skrzaty domowe jednak nie zapomniały o tym dormitorium, albo chłopcy wreszcie wzięli się do roboty.
Albus stał przy łóżku w rozwleczonej piżamie, która sprawiała, że wyglądał bardzo chudo. Przyłożył palec do ust i zaczął budzić Score'a, tak zakopanego w pościeli, że widać było jedynie blond włosy.
Spokój Ala trochę mi się udzielił. Zawsze tak było, Potter miał jakieś dziwne umiejętności, które bardzo często wykorzystywał. Przeczesałam palcami poplątane włosy i przetarłam oczy. Byłam potwornie zmęczona, ale bałam się zasnąć. Wydarzenia z tego snu w kółko powtarzały się w mojej głowie. Z każdą chwilą panika narastała; nie miałam pojęcia, co o tym myśleć. Wiedziałam jedynie, że to się musi wreszcie skończyć, byłam gotowa w każdej chwili pobiec do profesor McGonagall. Jednak powstrzymywała mnie świadomość, że pewnie uznałaby to za wyjątkowo realistyczny sen, który wcale nie jest prawdą.
– Potter, jak śmiesz mnie budzić o tak diabelskiej porze – wymamrotał Scorpius, po czym zakrył głowę poduszką.
– Zbieraj swój arystokratyczny tyłek, mamy misję do wykonania. – Albus ściągnął z Malfoya kołdrę, za co dostał w brzuch poduszką. Pewnie, niech zaczną się bić, tylko tego mi brakowało.
Mimo wszystko magiczne słowo „misja” podziałało, i Score raczył usiąść na łóżku. Koszulka, która chyba służyła mu za piżamę, była pognieciona w każdym możliwym miejscu. Kiedy mnie zobaczył, zaczął ją nerwowo prostować, jakby to mogło jej w jakiś sposób pomóc.
– Baines, czy ja śnię, czy naprawdę jesteś w moim dormitorium w samej piżamie?
Nie potrafiłam wysilić się na jakąś ciętą ripostę, zamiast tego usiadłam na łóżku Albusa i westchnęłam ciężko. Potrzebowałam chwili, żeby zebrać się w sobie, więc zanim zaczęłam mówić, minęły ze dwie lub trzy minuty, w ciągu których nikt się nie odezwał. Albus przysiadł na poręczy skórzanego fotela, stojącego przy oknie i wpatrywał się w swoje stopy, natomiast Score okrył się kołdrą. Towarzyszył temu głośny szelest, który w żaden sposób mi nie pomagał.
Upewniwszy się, że pozostali śpią, zaczęłam opowiadać moim przyjaciołom o tym śnie i o wszystkich poprzednich, które pamiętałam; o dziwnym chłopaku, który pojawił się wczoraj na meczu; o pieniądzach, zegarkach, kolczykach i innych wartościowych rzeczach, pojawiających się znikąd w mojej kieszeni i o kłopotach z czytaniem. Uspokajałam się w miarę mówienia, rozjaśniło mi się nieco w głowie i nagle poczułam przypływ energii, świetnie motywujący do działania. Miałam wrażenie, jakbym mogła zawładnąć światem albo co najmniej zostać dyrektorem Hogwartu (co też nie było znowu takim łatwym zadaniem. Zawsze podziwiałam dyrektorów za to, że potrafią utrzymać w ryzach bandę nastolatków z buzującymi hormonami).
Kiedy byłam w połowie opowieści, Albus wstał z fotela i zaczął nerwowo chodzić po dormitorium, co chwilę przeczesując kruczoczarne włosy. Potter z krwi i kości. Natomiast Score coraz bardziej marszczył jasne brwi. Parę razy próbował mi przerywać, ale nie zwracałam na to uwagi.
– Nie podoba mi się to – oznajmił Score.
– Nikomu się to nie podoba, odkrywco. – Albus westchnął, opierając się o jedno z pięciu drewnianych biurek, ustawionych pod ścianą. – Dobrze, powoli. Uważam, że nie powinnaś mówić o tym McGonagall, przynajmniej na razie.
– A co, jeśli ktoś używa legilimencji? – wtrącił Score. – Twój ojciec nie opowiadał ci...
– Przepraszam, ale czy naprawdę będziemy brać przykład z jakiegoś marnego Gryfona? – Tym razem to ja nie wytrzymałam. Nie chciałam, żeby to znowu przerodziło się w dyskusję o tolerancji i naszych poglądach dotyczących Gryfonów. Nie chciałam też, żeby Albus po raz drugi w tak krótkim czasie poczuł się urażony, ale cóż, prawda była taka, że Wybraniec niezwykle często ładował się w tarapaty tylko dlatego, że działał spontanicznie. – Al, nie zrozum mnie źle – dodałam, gdy zobaczyłam na jego twarzy niedowierzanie. – Jasne, twój ojciec uratował nas wszystkich i będziemy mu za to dozgonnie wdzięczni, ale musisz przyznać, że nie zawsze postępował logicznie.
Na chwilę zapadła cisza. Zastanawiałam się, czy na pewno dobrze robię, nie mówiąc McGonagall o tym wszystkim. Z drugiej strony, jeśli nie powiedziałam jej przez prawie siedem lat, to po co mówić w ostatnich paru miesiącach? Poza tym na pewno ma ważniejsze sprawy niż sny i zwidy jakiejś tam Ślizgonki.
– Skąd w ogóle wiemy, że chodzi o ciebie? – zapytał Scorpius. – Przecież na świecie może żyć dużo Audrey Baines.
– Moje urodziny są 22 grudnia. Wtedy coś ma się stać, tak mówili.
– Salazarze, więc może któraś z tamtych Audrey Baines też ma urodziny 22 grudnia! – Score wyglądał na wzburzonego, jakby podważanie jego teorii było równie niedozwolone, jak używanie czarów w obecności mugoli.
– To byłby zbyt duży przypadek – odparł Al spokojnym głosem. Malfoy natychmiast się uspokoił; mówiłam, że Albus posiada jakiś dziwny dar. – Ale nie można wykluczyć takiej możliwości.
– Więc uważam, że powinniśmy zaczekać do tego dnia – Score przerwał moje rozmyślania – i zobaczyć, co się stanie. W sumie to nie chciałbym lecieć do dyrektorki i opowiadać o wszystkim, co mi się śniło, nawet jeśli ktoś posługiwałby się legilimencją.
To była jedna z najmądrzejszych wypowiedzi Scorpiusa Malfoya w całym dotychczasowym życiu i muszę przyznać, że po ponownym przemyśleniu moich wcześniejszych zamiarów, zgadzałam się z nim w stu procentach. Minerwa McGonagall nie jest osobą, do której można wpaść na kawę i ciasteczko i prosto z mostu powiedzieć, że zaczynasz wariować.
– Ja też nie jestem pewien, czy chcę wiedzieć, co ci się śni, Malfoy – oznajmił Al – więc umówmy się, że zostawisz to dla siebie.
Score otwierał już usta, by rzucić jakąś ciętą ripostę, ale odezwałam się, zanim zdążył wydać z siebie jakikolwiek dźwięk.
– Dobrze, nie pójdę do McGonagall. – Westchnęłam. – Ale muszę powiedzieć o tym komuś dorosłemu.
– Audrey, ty za dwa tygodnie będziesz dorosła! – wykrzyknął Al. Chyba skończyła mu się do mnie cierpliwość. – Kiedy chcesz nauczyć się podejmowania niezależnych decyzji, jak nie teraz?!
No tak, łatwo mu było mówić. On wychowywał się w normalnej rodzinie, w jednym domu przez siedemnaście lat, z rodzicami i rodzeństwem. Mógł wychodzić kiedy tylko chciał i z kim chciał. Od małego uczył się odpowiedzialności i podejmowania samodzielnych decyzji. Za mnie zawsze decydowała matka, zawsze musiałam wszystko z nią uzgadniać. Życie w Hogwarcie było dla mnie wyzwaniem pod wieloma względami, ale najgorsze było właśnie decydowanie o sobie. To tak, jakby trytonom zamienić ogony na nogi i kazać żyć na lądzie.
– Chyba nie zamierzasz napisać do swojej kuzynki? – zapytał Score.
– Tak, właśnie to zamierzam zrobić – odparłam pewnym głosem. W tym momencie Asa Rowle zaczął się budzić. Nie chciałam, żeby ktokolwiek zobaczył mnie w ich dormitorium w piżamie. – A teraz wybaczcie, idę się ubrać.
– Audrey, ale – Al złapał mnie za rękę – może to był tylko zwyczajny sen.
– A śniło mi się to, bo...? – Zaczynali mnie poważnie denerwować. To nie był żaden przypadek, nie wierzę w coś takiego.
– Może to był zwyczajny sen – powiedział cicho Albus. – Może nie musimy się niczym przejmować.
Pokręciłam głową.
– Okej, możemy jeszcze pójść do biblioteki i poszukać czegoś na ten temat – zaproponował Scorpius.
– Róbcie, co chcecie, ja napiszę list do Holly. Do zobaczenia na śniadaniu. – Wyrwałam rękę z uścisku Ala i wyszłam z dormitorium, zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć.

Holly Rhodes była jedyną kuzynką, jaką kiedykolwiek poznałam. Oczywiście nie osobiście, mama zawsze mówiła, że Holly mieszka zbyt daleko i nie możemy jej odwiedzić. Niestety nie sprecyzowała, gdzie dokładnie, podejrzewam więc, że był to tylko pretekst, by uniknąć zbędnych kontaktów z rodziną. Trzeba nadmienić, że nie żyliśmy w dobrych stosunkach, w zasadzie oprócz mamy znałam tylko Holly. Ale przez długi czas było to dla mnie naturalne – skoro nie znałam własnego ojca, łatwo było mi się przyzwyczaić do tego, że cała dalsza rodzina również była dla mnie anonimowa. Dopóki nie poszłam do Hogwartu i nie zrozumiałam, że dla innych ludzi naturalne jest zupełnie co innego.
Trzy pergaminy później list był gotowy. Mimo że sprawdzałam go kilka razy, mogłam założyć się o różdżkę, że roiło się w nim od literówek. Jednak nie przejmowałam się tym za bardzo, Holly sama często popełniała podobne błędy. Już na początku naszej znajomości ustaliłyśmy, że nie będziemy zwracać na to uwagi. Czułam się dobrze ze świadomością, że ktoś ma takie same problemy jak ja, dawało mi to pewnego rodzaju komfort psychiczny. Niestety Holly miała o wiele mniej zaawansowaną dysleksję. Jej matka wysyłała ją na jakieś dodatkowe zajęcia, żeby się tego pozbyć. Teraz, kiedy moja kochana kuzynka skończyła szkołę (nigdy nie potrafiłam zapamiętać tej nazwy, Amerykanie nie są zbyt dobrzy w nazywaniu szkół), codziennie dużo czytała i pisała. Ostatnio nawet stwierdziła, że kiedy będę w jej wieku, też pewnie mi się polepszy. Szczerze w to wątpiłam.
Kiedy skończyłam, dormitorium już opustoszało. To dziwne, bo kiedy ostatnim razem rozglądałam się po pomieszczeniu, dziewczyny dopiero się budziły. Najwyraźniej pisanie tak bardzo mnie pochłonęło, że nie zwracałam uwagi na otoczenie.
Nagle dopadło mnie dziwne przeczucie. Spojrzałam, zaniepokojona, na zegarek. No tak, mogłam się tego spodziewać. Pół do jedenastej, co znaczy, że śniadanie dawno się już skończyło i będę musiała głodować do obiadu. Ewentualnie namówię jakiegoś miłego Puchona, żeby przyniósł mi co nieco z kuchni.
Westchnęłam ciężko i włożyłam list do koperty. Zostawiłam go na łóżku z myślą, że wyślę go jak tylko coś przekąszę.

W pokoju wspólnym było głośniej niż zazwyczaj, a wszystkie miejsca siedzące (których zwykle było aż za dużo) zostały pozajmowane. Rzadko widywało się Ślizgonów w tak dużej ilości w jednym pomieszczeniu i naprawdę niewiele było wydarzeń, które mogły do tego doprowadzić. Przecisnęłam się między jakimiś czwartoklasistkami, które głośno komentowały wygląd członków drużyny quidditcha (oczywiście Scorpius był naj w każdej kategorii, co sprawiło, że miałam ochotę walnąć je w te puste łby) i wypatrzyłam moich przyjaciół siedzących przy kominku właśnie w gronie tych zawodników.
– No proszę, śpiąca królewna się obudziła! – przywitała mnie Jacqueline. Mocny makijaż kontrastował z jej bladą, ale jakże nieskazitelną cerą. Ciemne włosy, związane w fantazyjny kok, podkreślały ładny owal twarzy. Kiedy się uśmiechnęła, wokół jej zielonych oczu pojawiły się malutkie zmarszczki, które tylko dodawały jej uroku. Chciałabym być tak ładna jak ona, ale niestety natura była dla mnie o wiele mniej łaskawa. Z moimi włosami nie dało się zrobić nic oprócz zwykłego związania w kitkę, wolałabym mieć niebieskie oczy zamiast piwnych, no i zawsze przeszkadzał mi ten mały, zadarty nos. Okropieństwo.
Asa zerwał się ze swojego miejsca, jak tylko mnie zobaczył, co zostało przyjęte z ogólnym zdziwieniem.
– Przygotowaliśmy ci śniadanie, pewnie jesteś głodna – oznajmił, podając mi wielki talerz, na którym piętrzył się stos wspaniale wyglądających kanapek. Na sam ich widok poprawił mi się humor, usiadłam więc na wolnym miejscu i zabrałam się za pochłanianie tych pyszności.
Moi towarzysze wrócili do rozmowy, którą tak brutalnie im przerwałam, mianowicie do ponownego omawiania wczorajszego meczu. Co prawda już poprzedniego dnia dużo się o tym mówiło, ale trzeba powtórzyć to wszystko na trzeźwo, bo pewnie już nic nie pamiętają. Nie mogłam uczestniczyć w tej rozmowie, bo, jak to mówią mugole, jak pies je, to nie szczeka, zaczęłam więc się im przyglądać.
Score i Albus, już kompletnie ubrani, siedzieli na przeciwko mnie na jednym fotelu. Scorpius był idealną kopią swojego ojca (jedyna różnica polegała na nieco ciemniejszych włosach – to chyba za sprawą krwi Greengrassów), natomiast Al był o wiele wyższy od słynnego Harry'ego Pottera, lepiej zbudowany, miał brązowe oczy, no i nie nosił okularów.
Kiedy tak razem siedzieli, swoją postawą uderzająco przypominali inną parę w drużynie – Victorię Bradley i Jacka Baretta, pałkarzy. Chociaż nie wydawało mi się, żeby moi przyjaciele byli razem (przecież raczej by mi powiedzieli, prawda?), postronny obserwator mógł ich wziąć za parę. Brakowało jedynie, żeby chwycili się za ręce.
Po mojej prawej stronie przed kominkiem stał Asa Rowle i żywo gestykulował.
– Następnym razem nie możecie się dać osaczyć. – W trakcie mówienia jego ciemne oczy otwierały się coraz szerzej. – Nott, jeśli w następnym meczu jacyś Gryfoni cię otoczą, nie cackaj się z nimi jak z nieśmiałkami, tylko zwal z miotły, jeśli trzeba, zrozumiano? – Jacqueline pokiwała głową, czemu towarzyszył cichy brzęk jej wiszących kolczyków. – Poza tym, gdzie byli wtedy pałkarze?! – wykrzyknął nagle, a Victoria i Jack aż podskoczyli. – Nie pamiętacie, co wam mówiłem? W trakcie meczu obowiązuje stała czujność! – Rowle zaczął chodzić w tą i z powrotem. On, jako jedyny z naszego grona, nie ubrał się dziś w barwy Slytherinu – miał na sobie zwykłe mugolskie ciuchy. Owszem, w pierwszej klasie był to szok dla wszystkich, ale teraz nikt nie zwracał już na to uwagi, bowiem Rowle słynął z tego, że gardził jakimikolwiek symbolami i przynależnością do grup społecznych.
Piętnaście minut później ja skończyłam swoje śniadanie, a Asa swoją długą przemowę (w międzyczasie dowiedziałam się, że słuchają go już od dziewiątej). Nikt nie odzywał się przez dłuższy czas; członkowie drużyny zapewne rozmyślali nad słowami Rowle'a w odniesieniu do wczorajszego meczu. Uśmiechnęłam się do Albusa, który chyba również czuł się niezręcznie w takiej sytuacji. Zastanawiałam się, ile wytrzymam w takiej ciszy, zwłaszcza że odkąd przyszłam, nurtuje mnie jedno pytanie.
– Dlaczego wszyscy siedzimy tutaj? – wymknęło mi się, zanim zdążyłam się powstrzymać. Co prawda miałam pewne podejrzenia jeśli chodzi o powód takiego zebrania, ale lepiej, żeby nie okazały się prawdą.
– Malfoy – odparła krótko Jacqueline.
A jednak. Wiedziałam, że ktoś rozpowie to, co wczoraj zrobił Score. W końcu w Hogwarcie plotki rozchodzą się z prędkością światła. Wielki i odważny Fred Weasley (przejął funkcję Najbardziej Wkurzającej Osoby w Hogwarcie po Jamesie Potterze, który, na szczęście, zdał OWUTEMy w zeszłym roku) na pewno zebrał już swoją świtę wielkich i odważnych Gryfonów i mści się na Ślizgonach za jedno, głupie zdanie.
Bardziej martwiło mnie, że młodsze roczniki sobie z tym nie poradzą. Nie są jeszcze przyzwyczajeni do takiego traktowania, dlatego starsi uczniowie zawsze ich chronią, oczywiście w miarę możliwości. Nawet nie chodziło o to, że Gryfoni mogliby rzucić na nich jakiś urok, bo jednak aż tak głupi nie są. Po prostu staramy się nie narażać młodych Ślizgonów na szykanowanie z ich strony. Zawsze staraliśmy się być blisko nich, a to zadanie ułatwiał nam trochę fakt, że dosłownie wszędzie chodzili stadami. Poza tym nasi młodsi koledzy zawsze mogli do nas przyjść, jeśli naprzykrzałby im się jakiś Gryfon. Uważałam to za trochę puchońskie, ale my po prostu nie mogliśmy pozwolić, żeby w przyszłości Slytherin znów zamknął się w swoich lochach. No i łatwiej było powstrzymać pierwszaków przed zrobieniem czegoś, co naraziłoby nas na utratę punktów.
Oczywiście w tej sytuacji musiałam coś zrobić. Do głowy wpadł mi pewien bardzo głupi pomysł, więc mój mózg domagał się, bym zrealizowała go jak najszybciej.
– Score, musisz przeprosić swoją gryfońską rodzinkę – oznajmiłam, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.
***
– Baines, nawet nie masz pojęcia, jak bardzo cię nienawidzę – syknął Scorpius.
– Przyzwyczajaj się do przebywania w gronie ludzi, których nienawidzisz, bo zaraz będziesz miał ich koło siebie aż za dużo – szepnęłam, jednocześnie sprawdzając na Mapie Huncwotów właściwy kierunek. – W lewo. – Pociągnęłam Malfoya za rękę.
Kiedy przedstawiłam Ślizgonom mój arcygenialny plan, sama przez chwilę miałam wątpliwości, czy na pewno chcę to zrobić. Całe szczęście, że ADHD zmotywowało mnie do działania i po długiej rozmowie namówiłam Scorpiusa, żeby ze mną poszedł. Albus użyczył nam swojej Mapy Huncwotów oraz peleryny–niewidki, którą dostał od ojca (swoją drogą uważam, że to nieodpowiedzialne ze strony Wybrańca).  Jedynym minusem używania tego magicznego płaszczyka jest to, że nie tłumi dźwięków, no i trzeba uważać, gdzie się idzie, żeby na nikogo nie wpaść. Dotychczas nam się to udawała, a byliśmy już blisko Wieży Gryffindoru.
Mapa okazała się tak pomocna, że kiedy stanęliśmy przed portretem Grubej Damy, pokazała nam właściwe hasło (Mimbulus Mimbletonia, powstrzymywałam się przed parsknięciem śmiechem), ale nie mogliśmy teraz tak po prostu zrzucić peleryny–niewidki i udawać, że jesteśmy Gryfonami (uch, na samą myśl dostawałam gęsiej skórki). Musieliśmy czekać, aż komuś zachce się wejść lub wyjść z pokoju wspólnego. Być zdanym na czyjąś łaskę było jednym z najgorszych uczuć w moim życiu. Chciałam tam już wejść, zostawić tę głupią karteczkę na łóżku Freda Weasleya i iść na obiad, bo powoli zaczynało mi burczeć w brzuchu.
Czekaliśmy chyba z pół godziny, podczas której dreptałam w miejscu z podekscytowania, a Score coraz mocniej zaciskał pięści. Nie mogliśmy rozmawiać, bo Gruba Dama mogłaby nas usłyszeć, więc zerkaliśmy tylko na siebie.
Kiedy wreszcie przyszedł jakiś Gryfon, miałam wrażenie, że rozsadzi mnie energia. Podeszliśmy do niego tak blisko, że prawie go dotykałam, ale to było konieczne, jeśli chcieliśmy wejść niezauważeni.
– Mimbulus Mimbletonia – powiedział, gdy Gruba Dama zapytała go o hasło. Brzmiało jeszcze śmieszniej, niż gdy się czytało. Kto to w ogóle wymyślił? Nadal nie mogłam uwierzyć, że mają aż tak głupie hasła, Merlinie, tylko Gryfoni mogą wpaść na coś takiego.
Prawie udało nam się wejść niezauważenie. Prawie. Gdyby nie to, że portret przytrzasnął kraniec peleryny–niewidki i zsunęła się z nas w pokoju wspólnym Gryfonów, którzy nienawiść do nas mają chyba uwarunkowaną genetycznie, nasza misja naprawdę miała szanse się powieść i wszystko potoczyłoby się inaczej. Niestety nagle stałam się zupełnie widoczna, podobnie jak Scorpius. Kiedy rozmyślałam o tym później, uznałam, że warto było to zrobić dla min zebranych tam ludzi.
Zanim się ujawniliśmy, wszyscy byli weseli, odrabiali pracę domową, rozmawiali, grali w szachy – to, co robi się w weekend. Jednak panowała zupełnie inna atmosfera. Było tak... luźno. W pierwszej chwili miałam nawet ochotę usiąść z nimi przy kominku i posłuchać historii, które opowiadał jakiś Weasley.
Chciałam porozglądać się po pomieszczeniu – było o wiele mniejsze, niż pokój wspólny Slytherinu, ale przytulniejsze, cieplejsze i bardzo zagracone – ale nie było na to czasu. Fred Weasley zerwał się z podłogi, podobnie jak reszta jego kółeczka wzajemnej adoracji, paru osobom pióra wypadły z ręki. Zapadła cisza, przerywana jedynie trzaskaniem drewna palącego się w kominku.
Musiałam przerwać jakoś ten zastój, zanim Gryfoni rzuciliby się na nas, jak to na lwy przystało. Szturchnęłam Scorpiusa w bok i odchrząknęłam.
– Wiem, że wczoraj Malfoy trochę przesadził – przełknęłam ślinę. Głos drżał mi z emocji, chociaż ze wszystkich sił starałam się uspokoić. – Jednak nie możemy pozwolić, żeby przez jedno nic nie znaczące zdanie, młodsi Ślizgoni byli prześladowani przez swoich starszych kolegów z innych domów. Czy przez ostatnie lata nie staraliśmy się ocieplić nieco naszych stosunków? Naprawdę chcecie znów wrócić do bezsensownego naskakiwania na siebie? – Nie miałam pojęcia, że potrafiłam mówić w taki sposób, ale chyba trochę podziałało. Gryfoni zmienili wyraz twarz z Bardzo Wściekłych Lwów na Średnio Wściekłe, a to już coś. – My, wbrew temu, co o nas sądzicie, nie czyhamy na waszych pierwszoroczniaków na każdym korytarzu z zamiarem zjedzenia na kolację.
– Dlatego też przyszedłem was przeprosić – przerwał mi Score, i słusznie, bo powoli kończyły mi się pomysły na zdania w podobnym tonie. – No więc... przepraszam. Nie chciałem was urazić – wziął głęboki oddech – naprawdę nie zrobiłem tego celowo.
Score kłamał i choć uważał się za dobrego kłamcę, widziałam, że łże jak pies. Robił to tylko ze względu na siebie; tak jak każdy z nas, nie miał ochoty na wieczne docinki ze strony pozostałych domów. Na jego miejscu pewnie postąpiłabym tak samo. Prawda jest taka, że nie zależy nam aż tak bardzo na dobrych stosunkach z innymi uczniami, ale tutaj chodziło o naszą egzystencję w Hogwarcie, więc Scorpius musiał powiedzieć wszystko, byle tylko jakoś udobruchać Gryfonów.
Fred Weasley przeczesał palcami rude włosy, co sprawiło, że były jeszcze bardziej potargane.
– Wow – powiedział po krótkiej chwili. No tak, elokwencja na najwyższym poziomie. – Wy, Ślizgoni, naprawdę jesteście dziwni.
Nie wiem, o co mu chodziło, ale zupełnie nie spodziewałam się, że to powie.
– No nie stójcie tak, siadajcie. – Machnął na nas ręką, a Gryfoni uznali to chyba za znak, że wszystko jest w normie i wrócili do swoich zajęć. Natomiast my naprawdę nie mieliśmy pojęcia, co zrobić. Spojrzałam na Scorpiusa, który prawie niezauważalnie pokręcił głową. Akurat w tym się z nim zgadzałam, miałam ochotę uciec stamtąd jak najdalej. Rozmawiać z Gryfonami mogę, ale nie zamierzam przesiadywać w ich pokoju wspólnym i prowadzić przyjacielskich pogawędek.
Fred podszedł do nas, co w tym hałasie i tak niewiele pomogło.
– Wiesz, Weasley, musimy już iść.
Fred wyglądał na zawiedzionego, to było naprawdę dziwne i podejrzane.
– Audrey ma jeszcze coś to zrobienia, a my nasiedzimy się razem w święta – dodał Score. No tak, do domu Potterów co roku zjeżdżała się kupa ludzi, by wspólnie świętować. Ile bym dała, żeby wtedy z nimi być!

Nie czekaliśmy, aż Weasley zdąży coś odpowiedzieć, tylko szybkim krokiem wyszliśmy z pokoju wspólnego Gryffindoru, a gdy tylko przeszliśmy przez dziurę w portrecie, puściliśmy się biegiem i zatrzymaliśmy się dopiero w lochach.

__________________________________

Jak zwykle nie udało mi się czegoś dokończyć na czas, ale jak na razie ta połowa musi wam starczyć. Tak, też nie jestem z tego powodu zadowolona, ponieważ to jest rozdział urodzinowy i miał być super. 
W każdym razie - 11 luty! Tym razem dobrze zapamiętałam datę i obchodzimy urodziny w odpowiednim czasie. Nie wierzę, że minęły już dwa lata, naprawdę, ktoś musi coś kombinować z czasem. 
Chciałabym podziękować Wam, moim kochanym czytelnikom, za te wszystkie piękne komentarze, po których chciało się pisać. 
Jako że mamy już dwa lata, życzę i mi i Wam kolejnych dwóch lat, niekoniecznie z tym blogiem (no, kiedyś muszę go skończyć), ale może gdzieś indziej, jeśli tylko będę miała czas na pisanie - pomysły zawsze się znajdą. Poza tym dużo cierpliwości, do mnie przede wszystkim, bo sami widzicie, że trzeba jej mieć sporo. 
Hm, naprawdę chciałabym powiedzieć jeszcze dużo rzeczy, ale nie umiem ich wyrazić słowami, więc może po prostu wyślę wam wszystkim Rafaello.
A tak na serio, to wiedzcie, że bez Was poddałabym się już rok temu i zawdzięczam Wam baaaardzo dużo. Dziękuję!

PS Cichutko tylko zachęcę wszystkich do zaglądnięcia tutaj, po prawie roku wstawiłyśmy nowy rozdział! 

sobota, 10 stycznia 2015

Rozdział II

Nigdy nie potrzebowałam dużo snu, cztery godziny w zupełności wystarczały. Nawet jeśli budziłam się co chwilę przez dziwne sny, co po siedemnastu latach życia na tej planecie było dla mnie tak normalne, jak dla innych jedzenie bekonu. Chociaż w zasadzie były to bardziej wizje, przestałam tak bardzo się nimi przejmować. Parę lat temu budziłam się z krzykiem po każdej z nich, choć muszę przyznać, że wtedy były naprawdę okropne. Na przykład taki olbrzym z baranimi rogami, który dyskutował o sposobie zniszczenia jakiegoś obozu, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. W dodatku miejsce, w którym się znajdował, też nie należało do przyjemnych. Chociaż było ciepło, to nie wybrałabym się tam z rodzinką na wesołe wakacje. Pewnie przez walające się kamienie, dziwne ryki wydobywające się z głębi tajemniczych grot, których tam było pełno, no i ten wszechobecny zapach. Nie potrafiłam go określić ani do niczego porównać, ale uwierzcie: był okropny.
Ostatnimi czasy wizje jakby się uspokoiły. Oczywiście nadal powtarzały się co noc, ale były jakby cichsze i mniej wyraźne. Jakaś cząstka mnie niepokoiła się tym, ale bardzo starałam się ją ignorować.
W sobotę, mimo braku lekcji, wstałam jak zwykle o szóstej. W dormitorium było jeszcze ciemno, a ciszę przerywały tylko ciężkie oddechy moich współlokatorek. Postanowiłam nie budzić ich jeszcze przez co najmniej dwie godziny; wbrew pozorom nie jestem taka złośliwa i rozumiem potrzeby innych ludzi.
Jedną z wielu zalet wczesnego wstawania jest brak kolejki do łazienki. W dodatku mogę spędzić w niej co najmniej pół godziny i nikt nie będzie mnie poganiać. Cicho wygrzebałam z kufra gruby, puchaty sweter w barwach Slytherinu oraz czarne spodnie i prawie bezszelestnie podreptałam do łazienki.
Wyszłam dokładnie czterdzieści minut później, cała i zdrowa, co już nie było takie zwykłe. Kiedyś przewróciłam się, bo zauważyłam (okej, wydawało mi się, że zauważyłam – taka jest oficjalna wersja) w lustrze jakiegoś dziwnego chłopaka i pobiegłam po różdżkę, która leżała spokojnie na parapecie po drugiej stronie łazienki. Do dziś nie wiem, kim był ten człowiek. Nie wyglądał na ucznia Hogwartu ani w ogóle na czarodzieja, ale podświadomość podpowiadała mi, że powinnam go znać.
W drodze powrotnej do łóżka związałam mokre włosy w koński ogon. Może i dłużej schły, ale przynajmniej nie wpadały do oczu. Zresztą, w razie czego zawsze jest Claire Rookwood i jej zaklęcie suszące, które opanowała do perfekcji. Gdybym miała tak długie i gęste włosy jak ona, też bym pewnie się go nauczyła, ale nie było mi aż tak bardzo potrzebne.
Zamiast pościelić łóżko jak przykładne dziewczę, rzuciłam na nie pióro, atrament, pergamin i podręcznik do zaklęć. Praca domowa dla Lupina sama się nie zrobi, a ja i tak miałam dużo czasu do śniadania.

Byłam tak skupiona na składaniu literek do kupy, że nie zauważyłam, jak pozostałe dziewczyny powoli się budzą. Claire pomachała mi, drugą ręką przecierając zaspane oczy. Uśmiechnęłam się, a po chwili wewnętrznej walki ze sobą, zrezygnowałam z odrabiania pracy domowej. W hałasie, który zaraz zrobią, i tak nie będę mogła się skupić.
Nie wiedziałam, czy Al i Scorpius już wstali. Nie było ich w pokoju wspólnym, a nie uśmiechało mi się wchodzenie do sypialni. Byłam tam raz, dwa lata temu, i ta wizyta wystarczy mi na całe życie. Gdy tam weszłam, wydawało mi się, jakbym zanurzyła się w morzu papierów, opakowań po przeróżnych słodyczach i ubrań. Skrzaty domowe pewnie dawno przestały przejmować się tym miejscem i szczerze mówiąc, wcale im się nie dziwię.
Jednak w Wielkiej Sali również ich nie było. Cała drużyna, skupiona w jednym końcu stołu wokół kapitana, Asy Rowle'a. Przysiadłam się do nich, a widząc zmartwione twarze, uśmiechnęłam się pokrzepiająco. Nasz dom był ich jedynym wsparciem i oczywiście wszyscy Ślizgoni im kibicowali. Niestety nie zawsze mogliśmy dużo zrobić. Nienawiść, z jaką spotykali się członkowie drużyny często była silniejsza od nas. Już od tygodnia zawodnikom przydarzały się dziwne wypadki i dam różdżkę, że Gryfoni maczali w tym palce, choć w tym sezonie nie graliśmy jeszcze przeciwko nim. Gdyby nie silna wola, umiejętność samoobrony i fakt, że z reguły niewiele obchodzi nas zdanie innych, drużyna pewnie dawno przestałaby istnieć, a gracze skończyliby w szpitalu świętego Munga. Mimo to czasem przydawało się pokazać im, jak bardzo zależy nam na wygranej i że wiele dla nas znaczą. Nawet jeśli nie było się najlepszym motywatorem, tak jak ja.
– Musicie coś zjeść, nie chcemy, żebyście pospadali z mioteł. – Nałożyłam Nate'owi Zabiniemu łyżkę jajecznicy. Spojrzał na mnie, jakby miał ochotę wetknąć mi tę jajecznicę w różne ciekawe miejsca.
– Wolałbym spaść niż grać bez szukającego – odparł, a zanim zdążyłam mu przypomnieć, że jest Ślizgonem, do cholery, a my nie poddajemy się tak łatwo, otworzyły się ogromne drzwi i do Wielkiej Sali wpadł zdyszany Scorpius, a za nim Al.
– Na gacie Merlina, Malfoy, gdzieś ty się podziewał?! – krzyknął Asa, zwracając na nas uwagę wszystkich Ślizgonów i co najmniej połowy czarodziejów z innych domów. Nikogo to nie zdziwiło, na pewno byli zainteresowani rozpadem naszej drużyny. Podniecenie, zawsze wyczuwalne przed meczem, osiągnęło poziom krytyczny. Miałam wrażenie, że powietrze zaraz wybuchnie.
Scorpius podbiegł do stołu i opadł na miejsce obok mnie. Dyszał ciężko i minęło parę sekund, zanim odpowiedział.
– Zaspaliś… – Al rzucił mu dziwne spojrzenie – zaspałem – poprawił się o wiele bardziej zdecydowanym głosem. Przyjrzałam mu się dokładnie. W niczym nie przypominał Scorpiusa Malfoya, którym zachwycały się wszystkie dziewczyny, za to wyglądał, jakby nie spał pół nocy. Włosy, w totalnym nieładzie, sterczały we wszystkie strony. Krawat zarzucił jedynie na szyję, nie przejmując się wiązaniem, podobnie ze sznurówkami. Że też się nie wywrócił w czasie tego szaleńczego biegu po schodach. Był natomiast w wyśmienitym nastroju, jakby za pół godziny wcale nie grał meczu, od którego zależało wszystko. Nie miałam pojęcia, co go tak ucieszyło, ale nie chciałam narzekać, w końcu dobry humor to połowa wygranej.
Albus nalał mu kawy, a na talerz nałożył dwa tosty z serem. W tym czasie Scorpius zdołał zawiązać sobie buty i przygładzić włosy. Daleko mu było do zwykłego wyglądu, ale przynajmniej przypominał człowieka.
– To jaką mamy taktykę? – zwrócił się do Asy między kolejnymi kęsami.
– Malfoy, jeśli jeszcze raz tak bardzo się spóźnisz, gwarantuję ci, że nie zagrasz w żadnym meczu. Przypominałem ci o tym spotkaniu od tygodnia, ale ty oczywiście musiałeś sobie pospać! – W miarę mówienia, głos kapitana robił się coraz wyższy, aż w końcu przypominał pisk młodej mandragory. W zasadzie Asa był tak blady i zmęczony, jakby przed chwilą zemdlał z powodu spotkania tej przemiłej rośliny.
– Więc zamiast mnie wystawisz Coleman, tak? Tylko ona zgłosiła się na szukającego, a wiesz przecież, że nadaje się do tego jak Weasleyowie do używania różdżek.
Zaskoczyło mnie to, co powiedział. Oczywiście jego rodzina nadal miała fioła na punkcie czystości krwi, a Score często wygłaszał swoje (albo bardziej swoich rodziców) radykalne poglądy w najmniej odpowiednich momentach, ale nigdy nie myślałam, że posunie się do czegoś takiego.
Nie tylko ja byłam zszokowana. Albus wyglądał, jakby ktoś przywalił mu w twarz. Score, jeśli wiedział, że Potter jest blisko, powstrzymywał się przed wygłaszaniem takich opinii. Całe szczęście, że powiedział to w miarę cicho, bo mielibyśmy na głowie nauczycieli i innych uczniów, prawdopodobnie próbujących wydrapać nam oczy albo, co gorsza, połamać różdżki.
Jacqueline Nott, ścigająca, wstała i uderzyła ręką w stół.
– Powiem to tylko raz, Rowle, i masz coś z tym zrobić. Nie będę grała z tym rasistą w jednej drużynie. – Wskazała palcem na Scorpiusa. – To właśnie przez niego ludzie myślą, że jesteśmy nadętymi dupkami, a doskonale wiesz, że tak nie jest!
Miałam ochotę ją uścisnąć albo co najmniej przybić piątkę. Lubiłam Score'a, oczywiście, jednak nie mogłam wytrzymać, kiedy ktoś umniejszał godność innych ludzi tylko przez nazwisko bądź status krwi. Często miałam dość tej całej ideologii, choć oczywiście według uczniów z innych domów, skoro jestem Ślizgonką, powinnam ślepo wierzyć w to, w co wieki temu wierzył Slytherin.
Tymczasem Jacqueline kontynuowała swoją tyradę:
– Nie mam zamiaru być wytykana palcami na korytarzach tylko dlatego że…
– Uspokój się – Asa odezwał się cicho, udając, że panuje nad sobą. – Za pół godziny gramy jeden z najważniejszych meczy w naszym życiu, więc skupmy się na cholernej taktyce i pracy zespołowej, i nie obchodzą mnie – podniósł głos, widząc, że Jacqueline otwiera usta, by zaprotestować – wasze poglądy i uprzedzenia. Weźcie się w garść, jasne? A z tobą, Malfoy – dodał ciszej – porozmawiam po meczu.
Albus nie odzywał się przez cały czas. Milczał w drodze na boisko i kiedy zaczynał się mecz. Wolałam sobie nie wyobrażać, jak się czuje w tej sytuacji. Pamiętam, jak w pierwszy dzień szkoły był wytykany palcami i wyśmiewany tylko dlatego, że nazywał się Potter i trafił do Slytherinu. Wtedy Score oznajmił wszystkim, że Al jest jego najlepszym przyjacielem, co oczywiście natychmiast pomogło. Mówił, że nie obchodzi go rodzina Ala i inni też nie powinni się nią interesować. 
Nie za bardzo wiedziałam, co powiedzieć, ale musiałam to zrobić, mimo że warunki niespecjalnie nadawały się do głębokiej rozmowy o uczuciach.
– Al, rozumiem cię, to naprawdę nie…
Przyłożył palec do ust.
– Wiem. Nieważne. Skup się na meczu.
Nie chciałam naciskać. Jeśli nie miał ochoty o tym rozmawiać, nie mogłam go do tego zmuszać.
Spojrzałam na boisko akurat wtedy, kiedy Jacqueline przerzuciła kafel przez obręcz.
– DZIESIĘĆ PUNKTÓW DLA SLYTHERINU! – głos Jaya Farwella przedarł się przez wrzawę kibiców. Zawsze zastanawiało mnie, jakim cudem tak mała liczba ludzi mogła zrobić taki hałas. 
Jacqueline nie miała czasu na triumfalną pętlę wokół słupków. Razem z Asą i Nate'em Zabinim okrążyli Lacey Northern, Krukonkę, która właśnie mknęła ku naszym obręczom. Zabini wyprzedził ją i gwałtownie skręcił w jej stronę, zmuszając, by zahamowała. Był to ryzykowny manewr, Northern mogła nie mieć aż tak szybkiego refleksu, by zdążyć się zatrzymać. Jednak ona była cholerną Krukonką i po prostu zanurkowała, wymijając Nate'a dołem. Została nagrodzona wiwatami, jednak kibice nie cieszyli się długo. 
– Rowle i Nott nie dają za wygraną... Northern podaje kafla do Starnes... Starnes unika tłuczka, kafel trafia do Zabiniego... DWADZIEŚCIA DO ZERA DLA SLYTHERINU! – krzyknął Farwell, a jego dalsze słowa zostały zagłuszone przez oklaski Ślizgonów. 
Szukałam wzrokiem Scorpiusa, który zwykle bardziej angażował się w grę. Jednak tym razem krążył wysoko nad głowami pozostałych zawodników, a Andrew Corden, szukający Krukonów, trzymał się blisko niego, jakby bał się, że go zgubi. Zapewne tak było, bowiem Krukoni nie słynęli z dobrych szukających. Corden mógł jedynie mieć nadzieję, że wyprzedzi Scorpiusa, gdy ten wypatrzy znicza. 
Usłyszałam, jak Jay Farwell krzyczy, że Krukoni zdobyli punkty, a przez trybuny Ślizgonów przeszedł jęk zawodu. Odwróciłam się do Ala, by zapytać o aktualną sytuację, i wtedy go zobaczyłam.
Chłopak z łazienki, jak nazywałam go w myślach, stał obok Albusa jak gdyby nigdy nic i bezczelnie wpatrywał się we mnie. Skórzana, niezapięta kurtka łopotała na wietrze, podobnie jak przydługawe, czarne włosy. Jego ubranie było zupełnie nieprzystosowane do pory roku: pod kurtką miał jedynie czarny podkoszulek, a spodnie tego samego koloru wydawały się być z bardzo cienkiego materiału. Jednak nie wyglądał na kogoś, kto zamarza. Dodatkowo miałam dziwne wrażenie, jakbym tylko ja go widziała. 
– Witaj, Audrey. – Jego głos był głęboki, zupełnie nie pasował do drobnej sylwetki. Nie krzyczał, a mimo hałasu słyszałam go bardzo wyraźnie. Otworzyłam usta ze zdumienia. Nie mogłam pozbyć się uczucia, że powinnam wiedzieć, kim ten człowiek jest. Powinnam też odezwać się do niego, ale po pierwsze nadal byłam w lekkim szoku, a po drugie, jeśli faktycznie tylko ja go widziałam, nie chciałam, żeby inni uznali mnie za wariatkę. W końcu nawet w świecie czarodziejów rozmawianie ze zjawami, które pojawiają się raz na jakiś czas w najmniej odpowiednich momentach, jest uznawane za troszkę odbiegające od normy. 
W tym momencie Albus odwrócił się do mnie i ten moment wystarczył, żeby mój tajemniczy prześladowca zniknął. Dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Można by powiedzieć, że się deportował, ale zniknięciu nie towarzyszyło charakterystyczne trzaśnięcie.
– Zamknij usta, bo się przeziębisz. – Al uśmiechnął się lekko. – Stało się coś?
Pokręciłam głową; chciałam mu powiedzieć, żeby przestał się tak o mnie martwić. W ciągu trzech dni zapytał osiem razy, czy wszystko w porządku. Można dostać szału. 
Kiedy ponownie skupiłam się na grze, Zabini dostał tłuczkiem w brzuch i zleciał z miotły. Oburzony tłum buczał, a pani Hooch przyznała Ślizgonom rzut wolny. Tym sposobem zyskaliśmy przewagę pięćdziesięciu punktów i straciliśmy jednego z lepszych zawodników. A mówią, że tylko Ślizgoni grają nieczysto.
Gra stawała się coraz bardziej brutalna, a podniecenie meczem rosło z każdym podaniem kafla. Tymczasem Malfoy nadal latał spokojnie nad głowami pozostałych zawodników, czego Farwell nie omieszkał skomentować mówiąc, że szukający Ślizgonów zachowuje się jak wyjątkowo leniwy gumochłon. Profesor McGonagall krzyknęła, że jeżeli jeszcze raz zachowa się tak subiektywnie, dożywotnio straci posadę komentatora w Hogwarcie. Niestety wrzasnęła prosto do mikrofonu i mógł usłyszeć ją każdy uczeń. Cóż, zawsze wiedziałam, jak skończy się komentowanie meczu Ślizgonów przez Gryfona.
– Boot ma kafla, podaje do Northern... Northern unika tłuczka, znów podaje do Boota... KOLEJNE DZIESIĘĆ PUNKTÓW DLA KRUKONÓW! 
Zdążyłam pomyśleć, że Malfoy mógłby się trochę pospieszyć – nasza przewaga zmniejszała się w zastraszającym tempie – i w tym momencie zanurkował, a zaraz za nim Corden. 
– Dawaj, Score! – krzyknął Albus.
Malfoy leciał w dół z zawrotną prędkością i wyglądało na to, że nie zamierzał wyhamować. Było jasne, że tylko zwodzi Cordena i nie mam pojęcia, jak Krukon mógł tego nie zauważyć. 
Gdy byli tuż nad ziemią i Scorpius miał pewność, że jego przeciwnik nie zdąży się zatrzymać, poderwał miotłę do góry. Corden zarył w ziemię, przekoziołkował parę metrów razem ze złamaną miotłą, upadł na plecy i już nie wstał. Został przeniesiony na niewidzialnych noszach do skrzydła szpitalnego.
Teraz Malfoy mógł spokojnie wypatrywać znicza, choć zdaje się, że znalazł go na początku gry i nie spuszczał z niego oka. Pędził w stronę złotej piłeczki, jakby od tego zależało jego życie (jestem prawie pewna, że w rzeczywistości tak było) i już po chwili trzymał ją w zaciśniętej pięści. Ślizgoni wpadli w szał, wszyscy ściskali, całowali i uśmiechali się do kogo tylko mogli. Nawet nie wiedziałam, że tak potrafimy. Natomiast cała drużyna jakby zapomniała o wcześniejszym incydencie w Wielkiej Sali i tłoczyła się wokół Malfoya, zapewne gratulując sobie nawzajem.
Tłum powoli wylewał się na błonia. Najpierw wiwatujący Ślizgoni, potem cała reszta Hogwartu, która nie była już tak zadowolona z życia. Nie mogliśmy dostać się do drużyny ani na błoniach, ani na korytarzach; udało nam się to dopiero w pokoju wspólnym, kiedy niektórzy zniknęli w swoich dormitoriach albo innych ustronnych miejscach. Gdy przecisnęliśmy się przez tłum do kominka, pod którym siedzieli zawodnicy, Asa natychmiast zerwał się z miejsca i wziął mnie w objęcia, jakby to była zupełnie naturalna rzecz, którą robił po każdym meczu. Uścisnął mnie mocno, a ja nieśmiało poklepałam go po ramieniu. Nie podobała mi się ta sytuacja, miałam ochotę użyć na nim jakiegoś ciekawego zaklęcia.
– Udało nam się! Wygraliśmy! – krzyknął, odsuwając się ode mnie trochę. Mimo to nadal czułam się nieswojo.
– Rowle, jeśli jeszcze raz coś takiego zrobisz, zetrę ci ten głupi uśmieszek z twarzy, rozumiemy się? – oznajmiłam, wyciągnąwszy różdżkę.
– Co tylko zechcesz, kochanie – uśmiechnął się przesadnie szeroko. Wyminęłam go i usiadłam na kanapie obok Scorpiusa, który był mniej szczęśliwy z wygranej niż zazwyczaj. Wzięłam głęboki oddech i skrzyżowałam ręce na piersiach. Czas pogodzić dwóch najlepszych przyjaciół. 
– Wiesz, że spieprzyłeś sprawę, tak? – Malfoy milczał (nie dziwię się, nikt z nas nie lubi przyznawać się do błędu), więc mówiłam dalej. – To nie będzie łatwe, ale musisz go przeprosić. I najlepiej zrób to teraz. 
– Za co niby?! – obruszył się. – Ja tylko wyrażałem swoje poglądy! 
Spojrzałam wymownie w sufit. Merlinie, dlaczego on jest taki tępy. Farwell miał rację, czasem naprawdę zachowywał się jak gumochłon.
– Za to, że obraziłeś jego rodzinę, idioto – powiedziałam spokojnym głosem.
Score otworzył usta by coś powiedzieć, ale po chwili je zamknął i pokiwał głową. – No, to na co czekasz? Idź do niego.
Malfoy wziął głęboki oddech i powoli wstał. Mogłabym postawić dziesięć galeonów, że trzęsły mu się nogi.
Posiedziałam chwilę sama, ale gdy zauważyłam, że Asa zmierza w moim kierunku, podeszłam szybko do Claire Rookwood i Lucy Greengrass. Nie miałam ochoty ponownie być przez niego przytulona zwłaszcza, że wyglądał już na lekko wstawionego. Claire i Lucy podały mi butelkę Ognistej Whisky, ale grzecznie podziękowałam. Dziś nie chciałam pić; skoro miałam halucynacje na trzeźwo, wolałam nie myśleć, co by się działo, gdybym była pijana. W ogóle nie chciałam tam siedzieć. Radość ze zwycięstwa dziwnie wyparowała, chciałam tylko udać się do dormitorium, położyć w łóżku i przetrząsnąć każde wspomnienie w poszukiwaniu mojego tajemniczego znajomego. Zapewne bym tak zrobiła, gdyby nie Al i Scorpius, którzy, najwyraźniej już pogodzeni, zawołali mnie do siebie. Uśmiechnęłam się, myśląc, że może to znak, że wszystko wraca do normalności.

***

Jednak rano nic nie było normalne. Po pierwsze, zaspałam, choć to można usprawiedliwić – profesor Zabini wygonił nas do łóżek dopiero o czwartej rano. Całe szczęście, że była niedziela i śniadanie zaczynało się dopiero o dziewiątej. Po drugie, znów miałam tę dziwną wizję. Bardzo wyraźną i realistyczną, jakby ktoś włączył w moim mózgu telewizor. Tym razem ukrywałam się za wielką, złotą kolumną ozdobioną różnymi scenami, takimi jak centaur uczący jakieś dziecko strzelać z łuku. W myślach pogratulowałam autorowi fantazji. Centaury nigdy w życiu nie zaczną się zadawać z ludźmi.
Wyglądało na to, że twórca tych kolumn naprawdę miał wybujałą wyobraźnię. Wyżej umieścił jakiegoś wielkiego gościa, który odcinał łby Bardzo Wkurzonej Bestii. Wyglądała trochę jak zirytowana tentakula, tylko o wiele bardziej groźna.
Odważyłam się wyjrzeć zza filaru i aż podskoczyłam. Znajdowałam się w ogromnej, półkolistej sali. Po przeciwnej stronie stało dwanaście tronów, a na nich siedzieli ludzie jeszcze więksi niż Hagrid. Niemożliwe, żebym trafiła do nory olbrzymów, ale na tym skończyły się moje pomysły dotyczące tego miejsca. 
Jeden z nich, ten siedzący na środku, wyraźnie miał nad pozostałymi jakąś władzę. W jego ciemnej, krzaczastej brodzie co chwilę coś błyskało, jakby malutkie pioruny. 
– Nie możemy jej jeszcze stamtąd zabrać! – zagrzmiał, uderzając pięścią w podłokietnik. Atmosfera zrobiła się bardzo napięta.
– Zeusie, to moja córka i ma już siedemnaście lat, wystarczająco dużo, by dowiedzieć się, kim naprawdę jest! – Mężczyzna siedzący po jego lewej stronie zerwał się ze swojego tronu ozdobionego kośćmi różnego rozmiaru. W jego oczach zapłonął dziwny, czerwony blask. O kimkolwiek rozmawiali, współczułam tej dziewczynie ojca, który wyglądał jak wokalista Fatalnych Jędz. 
Wtedy odezwała się jedna z kobiet, lecz była o wiele spokojniejsza i bardzo pewna siebie. Ona z kolei przypominała mi Rowenę Ravenclaw ze starych obrazów.
– Hadesie, jeśli za bardzo się pospieszymy, dziewczyna dozna szoku i możemy nie zdążyć do letniego przesilenia. 
– Będzie w szoku jak wszyscy, którzy dowiedzieli się o swoim prawdziwym pochodzeniu – warknął wokalista Fatalnych Jędz – więc przestań udawać, że się o nią martwisz. Mój syn odwiedził ją dzisiaj...
– Nie wtrącaj w to swojego syna – rzekł Zeus, również wstając. – Narada zostaje przełożona na jutro, wtedy zadecydujemy o losie Audrey Baines. 
Wtedy właśnie ocknęłam się w swoim łóżku, cała spocona i zestresowana. W głowie kłębiło mi się pełno chaotycznych myśli. Dlaczego śnią mi się takie rzeczy? Dlaczego mój ojciec przypomina wokalistę zespołu, który już dawno przestał istnieć? Dlaczego właściwie banda jakichś olbrzymów będzie decydować o moim losie? 
Miałam wrażenie, jakby mój mózg miał zaraz wybuchnąć. Dlatego właśnie złamałam jedną ze swoich najważniejszych zasad – pobiegłam do sypialni chłopców z mojego roku.