środa, 11 lutego 2015

Rozdział III part 1

Dawno nie ogarnęła mnie taka panika, mimo to zatrzymałam się przed drzwiami do sypialni chłopców i wzięłam parę głębokich oddechów. Al i Scorpius widzieli mnie już w gorszym stanie, ale nie mogłam zapomnieć o pozostałych chłopakach z mojego roku, którzy na pewno nie byli przyzwyczajeni do spoconych, zaspanych i znerwicowanych dziewczyn wpadających do ich sypialni o szóstej rano.
Mimo stresu zauważyłam, że w tym pomieszczeniu panował nadzwyczajny porządek. Żadnych szeleszczących papierków ani ubrań na podłodze – albo skrzaty domowe jednak nie zapomniały o tym dormitorium, albo chłopcy wreszcie wzięli się do roboty.
Albus stał przy łóżku w rozwleczonej piżamie, która sprawiała, że wyglądał bardzo chudo. Przyłożył palec do ust i zaczął budzić Score'a, tak zakopanego w pościeli, że widać było jedynie blond włosy.
Spokój Ala trochę mi się udzielił. Zawsze tak było, Potter miał jakieś dziwne umiejętności, które bardzo często wykorzystywał. Przeczesałam palcami poplątane włosy i przetarłam oczy. Byłam potwornie zmęczona, ale bałam się zasnąć. Wydarzenia z tego snu w kółko powtarzały się w mojej głowie. Z każdą chwilą panika narastała; nie miałam pojęcia, co o tym myśleć. Wiedziałam jedynie, że to się musi wreszcie skończyć, byłam gotowa w każdej chwili pobiec do profesor McGonagall. Jednak powstrzymywała mnie świadomość, że pewnie uznałaby to za wyjątkowo realistyczny sen, który wcale nie jest prawdą.
– Potter, jak śmiesz mnie budzić o tak diabelskiej porze – wymamrotał Scorpius, po czym zakrył głowę poduszką.
– Zbieraj swój arystokratyczny tyłek, mamy misję do wykonania. – Albus ściągnął z Malfoya kołdrę, za co dostał w brzuch poduszką. Pewnie, niech zaczną się bić, tylko tego mi brakowało.
Mimo wszystko magiczne słowo „misja” podziałało, i Score raczył usiąść na łóżku. Koszulka, która chyba służyła mu za piżamę, była pognieciona w każdym możliwym miejscu. Kiedy mnie zobaczył, zaczął ją nerwowo prostować, jakby to mogło jej w jakiś sposób pomóc.
– Baines, czy ja śnię, czy naprawdę jesteś w moim dormitorium w samej piżamie?
Nie potrafiłam wysilić się na jakąś ciętą ripostę, zamiast tego usiadłam na łóżku Albusa i westchnęłam ciężko. Potrzebowałam chwili, żeby zebrać się w sobie, więc zanim zaczęłam mówić, minęły ze dwie lub trzy minuty, w ciągu których nikt się nie odezwał. Albus przysiadł na poręczy skórzanego fotela, stojącego przy oknie i wpatrywał się w swoje stopy, natomiast Score okrył się kołdrą. Towarzyszył temu głośny szelest, który w żaden sposób mi nie pomagał.
Upewniwszy się, że pozostali śpią, zaczęłam opowiadać moim przyjaciołom o tym śnie i o wszystkich poprzednich, które pamiętałam; o dziwnym chłopaku, który pojawił się wczoraj na meczu; o pieniądzach, zegarkach, kolczykach i innych wartościowych rzeczach, pojawiających się znikąd w mojej kieszeni i o kłopotach z czytaniem. Uspokajałam się w miarę mówienia, rozjaśniło mi się nieco w głowie i nagle poczułam przypływ energii, świetnie motywujący do działania. Miałam wrażenie, jakbym mogła zawładnąć światem albo co najmniej zostać dyrektorem Hogwartu (co też nie było znowu takim łatwym zadaniem. Zawsze podziwiałam dyrektorów za to, że potrafią utrzymać w ryzach bandę nastolatków z buzującymi hormonami).
Kiedy byłam w połowie opowieści, Albus wstał z fotela i zaczął nerwowo chodzić po dormitorium, co chwilę przeczesując kruczoczarne włosy. Potter z krwi i kości. Natomiast Score coraz bardziej marszczył jasne brwi. Parę razy próbował mi przerywać, ale nie zwracałam na to uwagi.
– Nie podoba mi się to – oznajmił Score.
– Nikomu się to nie podoba, odkrywco. – Albus westchnął, opierając się o jedno z pięciu drewnianych biurek, ustawionych pod ścianą. – Dobrze, powoli. Uważam, że nie powinnaś mówić o tym McGonagall, przynajmniej na razie.
– A co, jeśli ktoś używa legilimencji? – wtrącił Score. – Twój ojciec nie opowiadał ci...
– Przepraszam, ale czy naprawdę będziemy brać przykład z jakiegoś marnego Gryfona? – Tym razem to ja nie wytrzymałam. Nie chciałam, żeby to znowu przerodziło się w dyskusję o tolerancji i naszych poglądach dotyczących Gryfonów. Nie chciałam też, żeby Albus po raz drugi w tak krótkim czasie poczuł się urażony, ale cóż, prawda była taka, że Wybraniec niezwykle często ładował się w tarapaty tylko dlatego, że działał spontanicznie. – Al, nie zrozum mnie źle – dodałam, gdy zobaczyłam na jego twarzy niedowierzanie. – Jasne, twój ojciec uratował nas wszystkich i będziemy mu za to dozgonnie wdzięczni, ale musisz przyznać, że nie zawsze postępował logicznie.
Na chwilę zapadła cisza. Zastanawiałam się, czy na pewno dobrze robię, nie mówiąc McGonagall o tym wszystkim. Z drugiej strony, jeśli nie powiedziałam jej przez prawie siedem lat, to po co mówić w ostatnich paru miesiącach? Poza tym na pewno ma ważniejsze sprawy niż sny i zwidy jakiejś tam Ślizgonki.
– Skąd w ogóle wiemy, że chodzi o ciebie? – zapytał Scorpius. – Przecież na świecie może żyć dużo Audrey Baines.
– Moje urodziny są 22 grudnia. Wtedy coś ma się stać, tak mówili.
– Salazarze, więc może któraś z tamtych Audrey Baines też ma urodziny 22 grudnia! – Score wyglądał na wzburzonego, jakby podważanie jego teorii było równie niedozwolone, jak używanie czarów w obecności mugoli.
– To byłby zbyt duży przypadek – odparł Al spokojnym głosem. Malfoy natychmiast się uspokoił; mówiłam, że Albus posiada jakiś dziwny dar. – Ale nie można wykluczyć takiej możliwości.
– Więc uważam, że powinniśmy zaczekać do tego dnia – Score przerwał moje rozmyślania – i zobaczyć, co się stanie. W sumie to nie chciałbym lecieć do dyrektorki i opowiadać o wszystkim, co mi się śniło, nawet jeśli ktoś posługiwałby się legilimencją.
To była jedna z najmądrzejszych wypowiedzi Scorpiusa Malfoya w całym dotychczasowym życiu i muszę przyznać, że po ponownym przemyśleniu moich wcześniejszych zamiarów, zgadzałam się z nim w stu procentach. Minerwa McGonagall nie jest osobą, do której można wpaść na kawę i ciasteczko i prosto z mostu powiedzieć, że zaczynasz wariować.
– Ja też nie jestem pewien, czy chcę wiedzieć, co ci się śni, Malfoy – oznajmił Al – więc umówmy się, że zostawisz to dla siebie.
Score otwierał już usta, by rzucić jakąś ciętą ripostę, ale odezwałam się, zanim zdążył wydać z siebie jakikolwiek dźwięk.
– Dobrze, nie pójdę do McGonagall. – Westchnęłam. – Ale muszę powiedzieć o tym komuś dorosłemu.
– Audrey, ty za dwa tygodnie będziesz dorosła! – wykrzyknął Al. Chyba skończyła mu się do mnie cierpliwość. – Kiedy chcesz nauczyć się podejmowania niezależnych decyzji, jak nie teraz?!
No tak, łatwo mu było mówić. On wychowywał się w normalnej rodzinie, w jednym domu przez siedemnaście lat, z rodzicami i rodzeństwem. Mógł wychodzić kiedy tylko chciał i z kim chciał. Od małego uczył się odpowiedzialności i podejmowania samodzielnych decyzji. Za mnie zawsze decydowała matka, zawsze musiałam wszystko z nią uzgadniać. Życie w Hogwarcie było dla mnie wyzwaniem pod wieloma względami, ale najgorsze było właśnie decydowanie o sobie. To tak, jakby trytonom zamienić ogony na nogi i kazać żyć na lądzie.
– Chyba nie zamierzasz napisać do swojej kuzynki? – zapytał Score.
– Tak, właśnie to zamierzam zrobić – odparłam pewnym głosem. W tym momencie Asa Rowle zaczął się budzić. Nie chciałam, żeby ktokolwiek zobaczył mnie w ich dormitorium w piżamie. – A teraz wybaczcie, idę się ubrać.
– Audrey, ale – Al złapał mnie za rękę – może to był tylko zwyczajny sen.
– A śniło mi się to, bo...? – Zaczynali mnie poważnie denerwować. To nie był żaden przypadek, nie wierzę w coś takiego.
– Może to był zwyczajny sen – powiedział cicho Albus. – Może nie musimy się niczym przejmować.
Pokręciłam głową.
– Okej, możemy jeszcze pójść do biblioteki i poszukać czegoś na ten temat – zaproponował Scorpius.
– Róbcie, co chcecie, ja napiszę list do Holly. Do zobaczenia na śniadaniu. – Wyrwałam rękę z uścisku Ala i wyszłam z dormitorium, zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć.

Holly Rhodes była jedyną kuzynką, jaką kiedykolwiek poznałam. Oczywiście nie osobiście, mama zawsze mówiła, że Holly mieszka zbyt daleko i nie możemy jej odwiedzić. Niestety nie sprecyzowała, gdzie dokładnie, podejrzewam więc, że był to tylko pretekst, by uniknąć zbędnych kontaktów z rodziną. Trzeba nadmienić, że nie żyliśmy w dobrych stosunkach, w zasadzie oprócz mamy znałam tylko Holly. Ale przez długi czas było to dla mnie naturalne – skoro nie znałam własnego ojca, łatwo było mi się przyzwyczaić do tego, że cała dalsza rodzina również była dla mnie anonimowa. Dopóki nie poszłam do Hogwartu i nie zrozumiałam, że dla innych ludzi naturalne jest zupełnie co innego.
Trzy pergaminy później list był gotowy. Mimo że sprawdzałam go kilka razy, mogłam założyć się o różdżkę, że roiło się w nim od literówek. Jednak nie przejmowałam się tym za bardzo, Holly sama często popełniała podobne błędy. Już na początku naszej znajomości ustaliłyśmy, że nie będziemy zwracać na to uwagi. Czułam się dobrze ze świadomością, że ktoś ma takie same problemy jak ja, dawało mi to pewnego rodzaju komfort psychiczny. Niestety Holly miała o wiele mniej zaawansowaną dysleksję. Jej matka wysyłała ją na jakieś dodatkowe zajęcia, żeby się tego pozbyć. Teraz, kiedy moja kochana kuzynka skończyła szkołę (nigdy nie potrafiłam zapamiętać tej nazwy, Amerykanie nie są zbyt dobrzy w nazywaniu szkół), codziennie dużo czytała i pisała. Ostatnio nawet stwierdziła, że kiedy będę w jej wieku, też pewnie mi się polepszy. Szczerze w to wątpiłam.
Kiedy skończyłam, dormitorium już opustoszało. To dziwne, bo kiedy ostatnim razem rozglądałam się po pomieszczeniu, dziewczyny dopiero się budziły. Najwyraźniej pisanie tak bardzo mnie pochłonęło, że nie zwracałam uwagi na otoczenie.
Nagle dopadło mnie dziwne przeczucie. Spojrzałam, zaniepokojona, na zegarek. No tak, mogłam się tego spodziewać. Pół do jedenastej, co znaczy, że śniadanie dawno się już skończyło i będę musiała głodować do obiadu. Ewentualnie namówię jakiegoś miłego Puchona, żeby przyniósł mi co nieco z kuchni.
Westchnęłam ciężko i włożyłam list do koperty. Zostawiłam go na łóżku z myślą, że wyślę go jak tylko coś przekąszę.

W pokoju wspólnym było głośniej niż zazwyczaj, a wszystkie miejsca siedzące (których zwykle było aż za dużo) zostały pozajmowane. Rzadko widywało się Ślizgonów w tak dużej ilości w jednym pomieszczeniu i naprawdę niewiele było wydarzeń, które mogły do tego doprowadzić. Przecisnęłam się między jakimiś czwartoklasistkami, które głośno komentowały wygląd członków drużyny quidditcha (oczywiście Scorpius był naj w każdej kategorii, co sprawiło, że miałam ochotę walnąć je w te puste łby) i wypatrzyłam moich przyjaciół siedzących przy kominku właśnie w gronie tych zawodników.
– No proszę, śpiąca królewna się obudziła! – przywitała mnie Jacqueline. Mocny makijaż kontrastował z jej bladą, ale jakże nieskazitelną cerą. Ciemne włosy, związane w fantazyjny kok, podkreślały ładny owal twarzy. Kiedy się uśmiechnęła, wokół jej zielonych oczu pojawiły się malutkie zmarszczki, które tylko dodawały jej uroku. Chciałabym być tak ładna jak ona, ale niestety natura była dla mnie o wiele mniej łaskawa. Z moimi włosami nie dało się zrobić nic oprócz zwykłego związania w kitkę, wolałabym mieć niebieskie oczy zamiast piwnych, no i zawsze przeszkadzał mi ten mały, zadarty nos. Okropieństwo.
Asa zerwał się ze swojego miejsca, jak tylko mnie zobaczył, co zostało przyjęte z ogólnym zdziwieniem.
– Przygotowaliśmy ci śniadanie, pewnie jesteś głodna – oznajmił, podając mi wielki talerz, na którym piętrzył się stos wspaniale wyglądających kanapek. Na sam ich widok poprawił mi się humor, usiadłam więc na wolnym miejscu i zabrałam się za pochłanianie tych pyszności.
Moi towarzysze wrócili do rozmowy, którą tak brutalnie im przerwałam, mianowicie do ponownego omawiania wczorajszego meczu. Co prawda już poprzedniego dnia dużo się o tym mówiło, ale trzeba powtórzyć to wszystko na trzeźwo, bo pewnie już nic nie pamiętają. Nie mogłam uczestniczyć w tej rozmowie, bo, jak to mówią mugole, jak pies je, to nie szczeka, zaczęłam więc się im przyglądać.
Score i Albus, już kompletnie ubrani, siedzieli na przeciwko mnie na jednym fotelu. Scorpius był idealną kopią swojego ojca (jedyna różnica polegała na nieco ciemniejszych włosach – to chyba za sprawą krwi Greengrassów), natomiast Al był o wiele wyższy od słynnego Harry'ego Pottera, lepiej zbudowany, miał brązowe oczy, no i nie nosił okularów.
Kiedy tak razem siedzieli, swoją postawą uderzająco przypominali inną parę w drużynie – Victorię Bradley i Jacka Baretta, pałkarzy. Chociaż nie wydawało mi się, żeby moi przyjaciele byli razem (przecież raczej by mi powiedzieli, prawda?), postronny obserwator mógł ich wziąć za parę. Brakowało jedynie, żeby chwycili się za ręce.
Po mojej prawej stronie przed kominkiem stał Asa Rowle i żywo gestykulował.
– Następnym razem nie możecie się dać osaczyć. – W trakcie mówienia jego ciemne oczy otwierały się coraz szerzej. – Nott, jeśli w następnym meczu jacyś Gryfoni cię otoczą, nie cackaj się z nimi jak z nieśmiałkami, tylko zwal z miotły, jeśli trzeba, zrozumiano? – Jacqueline pokiwała głową, czemu towarzyszył cichy brzęk jej wiszących kolczyków. – Poza tym, gdzie byli wtedy pałkarze?! – wykrzyknął nagle, a Victoria i Jack aż podskoczyli. – Nie pamiętacie, co wam mówiłem? W trakcie meczu obowiązuje stała czujność! – Rowle zaczął chodzić w tą i z powrotem. On, jako jedyny z naszego grona, nie ubrał się dziś w barwy Slytherinu – miał na sobie zwykłe mugolskie ciuchy. Owszem, w pierwszej klasie był to szok dla wszystkich, ale teraz nikt nie zwracał już na to uwagi, bowiem Rowle słynął z tego, że gardził jakimikolwiek symbolami i przynależnością do grup społecznych.
Piętnaście minut później ja skończyłam swoje śniadanie, a Asa swoją długą przemowę (w międzyczasie dowiedziałam się, że słuchają go już od dziewiątej). Nikt nie odzywał się przez dłuższy czas; członkowie drużyny zapewne rozmyślali nad słowami Rowle'a w odniesieniu do wczorajszego meczu. Uśmiechnęłam się do Albusa, który chyba również czuł się niezręcznie w takiej sytuacji. Zastanawiałam się, ile wytrzymam w takiej ciszy, zwłaszcza że odkąd przyszłam, nurtuje mnie jedno pytanie.
– Dlaczego wszyscy siedzimy tutaj? – wymknęło mi się, zanim zdążyłam się powstrzymać. Co prawda miałam pewne podejrzenia jeśli chodzi o powód takiego zebrania, ale lepiej, żeby nie okazały się prawdą.
– Malfoy – odparła krótko Jacqueline.
A jednak. Wiedziałam, że ktoś rozpowie to, co wczoraj zrobił Score. W końcu w Hogwarcie plotki rozchodzą się z prędkością światła. Wielki i odważny Fred Weasley (przejął funkcję Najbardziej Wkurzającej Osoby w Hogwarcie po Jamesie Potterze, który, na szczęście, zdał OWUTEMy w zeszłym roku) na pewno zebrał już swoją świtę wielkich i odważnych Gryfonów i mści się na Ślizgonach za jedno, głupie zdanie.
Bardziej martwiło mnie, że młodsze roczniki sobie z tym nie poradzą. Nie są jeszcze przyzwyczajeni do takiego traktowania, dlatego starsi uczniowie zawsze ich chronią, oczywiście w miarę możliwości. Nawet nie chodziło o to, że Gryfoni mogliby rzucić na nich jakiś urok, bo jednak aż tak głupi nie są. Po prostu staramy się nie narażać młodych Ślizgonów na szykanowanie z ich strony. Zawsze staraliśmy się być blisko nich, a to zadanie ułatwiał nam trochę fakt, że dosłownie wszędzie chodzili stadami. Poza tym nasi młodsi koledzy zawsze mogli do nas przyjść, jeśli naprzykrzałby im się jakiś Gryfon. Uważałam to za trochę puchońskie, ale my po prostu nie mogliśmy pozwolić, żeby w przyszłości Slytherin znów zamknął się w swoich lochach. No i łatwiej było powstrzymać pierwszaków przed zrobieniem czegoś, co naraziłoby nas na utratę punktów.
Oczywiście w tej sytuacji musiałam coś zrobić. Do głowy wpadł mi pewien bardzo głupi pomysł, więc mój mózg domagał się, bym zrealizowała go jak najszybciej.
– Score, musisz przeprosić swoją gryfońską rodzinkę – oznajmiłam, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.
***
– Baines, nawet nie masz pojęcia, jak bardzo cię nienawidzę – syknął Scorpius.
– Przyzwyczajaj się do przebywania w gronie ludzi, których nienawidzisz, bo zaraz będziesz miał ich koło siebie aż za dużo – szepnęłam, jednocześnie sprawdzając na Mapie Huncwotów właściwy kierunek. – W lewo. – Pociągnęłam Malfoya za rękę.
Kiedy przedstawiłam Ślizgonom mój arcygenialny plan, sama przez chwilę miałam wątpliwości, czy na pewno chcę to zrobić. Całe szczęście, że ADHD zmotywowało mnie do działania i po długiej rozmowie namówiłam Scorpiusa, żeby ze mną poszedł. Albus użyczył nam swojej Mapy Huncwotów oraz peleryny–niewidki, którą dostał od ojca (swoją drogą uważam, że to nieodpowiedzialne ze strony Wybrańca).  Jedynym minusem używania tego magicznego płaszczyka jest to, że nie tłumi dźwięków, no i trzeba uważać, gdzie się idzie, żeby na nikogo nie wpaść. Dotychczas nam się to udawała, a byliśmy już blisko Wieży Gryffindoru.
Mapa okazała się tak pomocna, że kiedy stanęliśmy przed portretem Grubej Damy, pokazała nam właściwe hasło (Mimbulus Mimbletonia, powstrzymywałam się przed parsknięciem śmiechem), ale nie mogliśmy teraz tak po prostu zrzucić peleryny–niewidki i udawać, że jesteśmy Gryfonami (uch, na samą myśl dostawałam gęsiej skórki). Musieliśmy czekać, aż komuś zachce się wejść lub wyjść z pokoju wspólnego. Być zdanym na czyjąś łaskę było jednym z najgorszych uczuć w moim życiu. Chciałam tam już wejść, zostawić tę głupią karteczkę na łóżku Freda Weasleya i iść na obiad, bo powoli zaczynało mi burczeć w brzuchu.
Czekaliśmy chyba z pół godziny, podczas której dreptałam w miejscu z podekscytowania, a Score coraz mocniej zaciskał pięści. Nie mogliśmy rozmawiać, bo Gruba Dama mogłaby nas usłyszeć, więc zerkaliśmy tylko na siebie.
Kiedy wreszcie przyszedł jakiś Gryfon, miałam wrażenie, że rozsadzi mnie energia. Podeszliśmy do niego tak blisko, że prawie go dotykałam, ale to było konieczne, jeśli chcieliśmy wejść niezauważeni.
– Mimbulus Mimbletonia – powiedział, gdy Gruba Dama zapytała go o hasło. Brzmiało jeszcze śmieszniej, niż gdy się czytało. Kto to w ogóle wymyślił? Nadal nie mogłam uwierzyć, że mają aż tak głupie hasła, Merlinie, tylko Gryfoni mogą wpaść na coś takiego.
Prawie udało nam się wejść niezauważenie. Prawie. Gdyby nie to, że portret przytrzasnął kraniec peleryny–niewidki i zsunęła się z nas w pokoju wspólnym Gryfonów, którzy nienawiść do nas mają chyba uwarunkowaną genetycznie, nasza misja naprawdę miała szanse się powieść i wszystko potoczyłoby się inaczej. Niestety nagle stałam się zupełnie widoczna, podobnie jak Scorpius. Kiedy rozmyślałam o tym później, uznałam, że warto było to zrobić dla min zebranych tam ludzi.
Zanim się ujawniliśmy, wszyscy byli weseli, odrabiali pracę domową, rozmawiali, grali w szachy – to, co robi się w weekend. Jednak panowała zupełnie inna atmosfera. Było tak... luźno. W pierwszej chwili miałam nawet ochotę usiąść z nimi przy kominku i posłuchać historii, które opowiadał jakiś Weasley.
Chciałam porozglądać się po pomieszczeniu – było o wiele mniejsze, niż pokój wspólny Slytherinu, ale przytulniejsze, cieplejsze i bardzo zagracone – ale nie było na to czasu. Fred Weasley zerwał się z podłogi, podobnie jak reszta jego kółeczka wzajemnej adoracji, paru osobom pióra wypadły z ręki. Zapadła cisza, przerywana jedynie trzaskaniem drewna palącego się w kominku.
Musiałam przerwać jakoś ten zastój, zanim Gryfoni rzuciliby się na nas, jak to na lwy przystało. Szturchnęłam Scorpiusa w bok i odchrząknęłam.
– Wiem, że wczoraj Malfoy trochę przesadził – przełknęłam ślinę. Głos drżał mi z emocji, chociaż ze wszystkich sił starałam się uspokoić. – Jednak nie możemy pozwolić, żeby przez jedno nic nie znaczące zdanie, młodsi Ślizgoni byli prześladowani przez swoich starszych kolegów z innych domów. Czy przez ostatnie lata nie staraliśmy się ocieplić nieco naszych stosunków? Naprawdę chcecie znów wrócić do bezsensownego naskakiwania na siebie? – Nie miałam pojęcia, że potrafiłam mówić w taki sposób, ale chyba trochę podziałało. Gryfoni zmienili wyraz twarz z Bardzo Wściekłych Lwów na Średnio Wściekłe, a to już coś. – My, wbrew temu, co o nas sądzicie, nie czyhamy na waszych pierwszoroczniaków na każdym korytarzu z zamiarem zjedzenia na kolację.
– Dlatego też przyszedłem was przeprosić – przerwał mi Score, i słusznie, bo powoli kończyły mi się pomysły na zdania w podobnym tonie. – No więc... przepraszam. Nie chciałem was urazić – wziął głęboki oddech – naprawdę nie zrobiłem tego celowo.
Score kłamał i choć uważał się za dobrego kłamcę, widziałam, że łże jak pies. Robił to tylko ze względu na siebie; tak jak każdy z nas, nie miał ochoty na wieczne docinki ze strony pozostałych domów. Na jego miejscu pewnie postąpiłabym tak samo. Prawda jest taka, że nie zależy nam aż tak bardzo na dobrych stosunkach z innymi uczniami, ale tutaj chodziło o naszą egzystencję w Hogwarcie, więc Scorpius musiał powiedzieć wszystko, byle tylko jakoś udobruchać Gryfonów.
Fred Weasley przeczesał palcami rude włosy, co sprawiło, że były jeszcze bardziej potargane.
– Wow – powiedział po krótkiej chwili. No tak, elokwencja na najwyższym poziomie. – Wy, Ślizgoni, naprawdę jesteście dziwni.
Nie wiem, o co mu chodziło, ale zupełnie nie spodziewałam się, że to powie.
– No nie stójcie tak, siadajcie. – Machnął na nas ręką, a Gryfoni uznali to chyba za znak, że wszystko jest w normie i wrócili do swoich zajęć. Natomiast my naprawdę nie mieliśmy pojęcia, co zrobić. Spojrzałam na Scorpiusa, który prawie niezauważalnie pokręcił głową. Akurat w tym się z nim zgadzałam, miałam ochotę uciec stamtąd jak najdalej. Rozmawiać z Gryfonami mogę, ale nie zamierzam przesiadywać w ich pokoju wspólnym i prowadzić przyjacielskich pogawędek.
Fred podszedł do nas, co w tym hałasie i tak niewiele pomogło.
– Wiesz, Weasley, musimy już iść.
Fred wyglądał na zawiedzionego, to było naprawdę dziwne i podejrzane.
– Audrey ma jeszcze coś to zrobienia, a my nasiedzimy się razem w święta – dodał Score. No tak, do domu Potterów co roku zjeżdżała się kupa ludzi, by wspólnie świętować. Ile bym dała, żeby wtedy z nimi być!

Nie czekaliśmy, aż Weasley zdąży coś odpowiedzieć, tylko szybkim krokiem wyszliśmy z pokoju wspólnego Gryffindoru, a gdy tylko przeszliśmy przez dziurę w portrecie, puściliśmy się biegiem i zatrzymaliśmy się dopiero w lochach.

__________________________________

Jak zwykle nie udało mi się czegoś dokończyć na czas, ale jak na razie ta połowa musi wam starczyć. Tak, też nie jestem z tego powodu zadowolona, ponieważ to jest rozdział urodzinowy i miał być super. 
W każdym razie - 11 luty! Tym razem dobrze zapamiętałam datę i obchodzimy urodziny w odpowiednim czasie. Nie wierzę, że minęły już dwa lata, naprawdę, ktoś musi coś kombinować z czasem. 
Chciałabym podziękować Wam, moim kochanym czytelnikom, za te wszystkie piękne komentarze, po których chciało się pisać. 
Jako że mamy już dwa lata, życzę i mi i Wam kolejnych dwóch lat, niekoniecznie z tym blogiem (no, kiedyś muszę go skończyć), ale może gdzieś indziej, jeśli tylko będę miała czas na pisanie - pomysły zawsze się znajdą. Poza tym dużo cierpliwości, do mnie przede wszystkim, bo sami widzicie, że trzeba jej mieć sporo. 
Hm, naprawdę chciałabym powiedzieć jeszcze dużo rzeczy, ale nie umiem ich wyrazić słowami, więc może po prostu wyślę wam wszystkim Rafaello.
A tak na serio, to wiedzcie, że bez Was poddałabym się już rok temu i zawdzięczam Wam baaaardzo dużo. Dziękuję!

PS Cichutko tylko zachęcę wszystkich do zaglądnięcia tutaj, po prawie roku wstawiłyśmy nowy rozdział! 

sobota, 10 stycznia 2015

Rozdział II

Nigdy nie potrzebowałam dużo snu, cztery godziny w zupełności wystarczały. Nawet jeśli budziłam się co chwilę przez dziwne sny, co po siedemnastu latach życia na tej planecie było dla mnie tak normalne, jak dla innych jedzenie bekonu. Chociaż w zasadzie były to bardziej wizje, przestałam tak bardzo się nimi przejmować. Parę lat temu budziłam się z krzykiem po każdej z nich, choć muszę przyznać, że wtedy były naprawdę okropne. Na przykład taki olbrzym z baranimi rogami, który dyskutował o sposobie zniszczenia jakiegoś obozu, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. W dodatku miejsce, w którym się znajdował, też nie należało do przyjemnych. Chociaż było ciepło, to nie wybrałabym się tam z rodzinką na wesołe wakacje. Pewnie przez walające się kamienie, dziwne ryki wydobywające się z głębi tajemniczych grot, których tam było pełno, no i ten wszechobecny zapach. Nie potrafiłam go określić ani do niczego porównać, ale uwierzcie: był okropny.
Ostatnimi czasy wizje jakby się uspokoiły. Oczywiście nadal powtarzały się co noc, ale były jakby cichsze i mniej wyraźne. Jakaś cząstka mnie niepokoiła się tym, ale bardzo starałam się ją ignorować.
W sobotę, mimo braku lekcji, wstałam jak zwykle o szóstej. W dormitorium było jeszcze ciemno, a ciszę przerywały tylko ciężkie oddechy moich współlokatorek. Postanowiłam nie budzić ich jeszcze przez co najmniej dwie godziny; wbrew pozorom nie jestem taka złośliwa i rozumiem potrzeby innych ludzi.
Jedną z wielu zalet wczesnego wstawania jest brak kolejki do łazienki. W dodatku mogę spędzić w niej co najmniej pół godziny i nikt nie będzie mnie poganiać. Cicho wygrzebałam z kufra gruby, puchaty sweter w barwach Slytherinu oraz czarne spodnie i prawie bezszelestnie podreptałam do łazienki.
Wyszłam dokładnie czterdzieści minut później, cała i zdrowa, co już nie było takie zwykłe. Kiedyś przewróciłam się, bo zauważyłam (okej, wydawało mi się, że zauważyłam – taka jest oficjalna wersja) w lustrze jakiegoś dziwnego chłopaka i pobiegłam po różdżkę, która leżała spokojnie na parapecie po drugiej stronie łazienki. Do dziś nie wiem, kim był ten człowiek. Nie wyglądał na ucznia Hogwartu ani w ogóle na czarodzieja, ale podświadomość podpowiadała mi, że powinnam go znać.
W drodze powrotnej do łóżka związałam mokre włosy w koński ogon. Może i dłużej schły, ale przynajmniej nie wpadały do oczu. Zresztą, w razie czego zawsze jest Claire Rookwood i jej zaklęcie suszące, które opanowała do perfekcji. Gdybym miała tak długie i gęste włosy jak ona, też bym pewnie się go nauczyła, ale nie było mi aż tak bardzo potrzebne.
Zamiast pościelić łóżko jak przykładne dziewczę, rzuciłam na nie pióro, atrament, pergamin i podręcznik do zaklęć. Praca domowa dla Lupina sama się nie zrobi, a ja i tak miałam dużo czasu do śniadania.

Byłam tak skupiona na składaniu literek do kupy, że nie zauważyłam, jak pozostałe dziewczyny powoli się budzą. Claire pomachała mi, drugą ręką przecierając zaspane oczy. Uśmiechnęłam się, a po chwili wewnętrznej walki ze sobą, zrezygnowałam z odrabiania pracy domowej. W hałasie, który zaraz zrobią, i tak nie będę mogła się skupić.
Nie wiedziałam, czy Al i Scorpius już wstali. Nie było ich w pokoju wspólnym, a nie uśmiechało mi się wchodzenie do sypialni. Byłam tam raz, dwa lata temu, i ta wizyta wystarczy mi na całe życie. Gdy tam weszłam, wydawało mi się, jakbym zanurzyła się w morzu papierów, opakowań po przeróżnych słodyczach i ubrań. Skrzaty domowe pewnie dawno przestały przejmować się tym miejscem i szczerze mówiąc, wcale im się nie dziwię.
Jednak w Wielkiej Sali również ich nie było. Cała drużyna, skupiona w jednym końcu stołu wokół kapitana, Asy Rowle'a. Przysiadłam się do nich, a widząc zmartwione twarze, uśmiechnęłam się pokrzepiająco. Nasz dom był ich jedynym wsparciem i oczywiście wszyscy Ślizgoni im kibicowali. Niestety nie zawsze mogliśmy dużo zrobić. Nienawiść, z jaką spotykali się członkowie drużyny często była silniejsza od nas. Już od tygodnia zawodnikom przydarzały się dziwne wypadki i dam różdżkę, że Gryfoni maczali w tym palce, choć w tym sezonie nie graliśmy jeszcze przeciwko nim. Gdyby nie silna wola, umiejętność samoobrony i fakt, że z reguły niewiele obchodzi nas zdanie innych, drużyna pewnie dawno przestałaby istnieć, a gracze skończyliby w szpitalu świętego Munga. Mimo to czasem przydawało się pokazać im, jak bardzo zależy nam na wygranej i że wiele dla nas znaczą. Nawet jeśli nie było się najlepszym motywatorem, tak jak ja.
– Musicie coś zjeść, nie chcemy, żebyście pospadali z mioteł. – Nałożyłam Nate'owi Zabiniemu łyżkę jajecznicy. Spojrzał na mnie, jakby miał ochotę wetknąć mi tę jajecznicę w różne ciekawe miejsca.
– Wolałbym spaść niż grać bez szukającego – odparł, a zanim zdążyłam mu przypomnieć, że jest Ślizgonem, do cholery, a my nie poddajemy się tak łatwo, otworzyły się ogromne drzwi i do Wielkiej Sali wpadł zdyszany Scorpius, a za nim Al.
– Na gacie Merlina, Malfoy, gdzieś ty się podziewał?! – krzyknął Asa, zwracając na nas uwagę wszystkich Ślizgonów i co najmniej połowy czarodziejów z innych domów. Nikogo to nie zdziwiło, na pewno byli zainteresowani rozpadem naszej drużyny. Podniecenie, zawsze wyczuwalne przed meczem, osiągnęło poziom krytyczny. Miałam wrażenie, że powietrze zaraz wybuchnie.
Scorpius podbiegł do stołu i opadł na miejsce obok mnie. Dyszał ciężko i minęło parę sekund, zanim odpowiedział.
– Zaspaliś… – Al rzucił mu dziwne spojrzenie – zaspałem – poprawił się o wiele bardziej zdecydowanym głosem. Przyjrzałam mu się dokładnie. W niczym nie przypominał Scorpiusa Malfoya, którym zachwycały się wszystkie dziewczyny, za to wyglądał, jakby nie spał pół nocy. Włosy, w totalnym nieładzie, sterczały we wszystkie strony. Krawat zarzucił jedynie na szyję, nie przejmując się wiązaniem, podobnie ze sznurówkami. Że też się nie wywrócił w czasie tego szaleńczego biegu po schodach. Był natomiast w wyśmienitym nastroju, jakby za pół godziny wcale nie grał meczu, od którego zależało wszystko. Nie miałam pojęcia, co go tak ucieszyło, ale nie chciałam narzekać, w końcu dobry humor to połowa wygranej.
Albus nalał mu kawy, a na talerz nałożył dwa tosty z serem. W tym czasie Scorpius zdołał zawiązać sobie buty i przygładzić włosy. Daleko mu było do zwykłego wyglądu, ale przynajmniej przypominał człowieka.
– To jaką mamy taktykę? – zwrócił się do Asy między kolejnymi kęsami.
– Malfoy, jeśli jeszcze raz tak bardzo się spóźnisz, gwarantuję ci, że nie zagrasz w żadnym meczu. Przypominałem ci o tym spotkaniu od tygodnia, ale ty oczywiście musiałeś sobie pospać! – W miarę mówienia, głos kapitana robił się coraz wyższy, aż w końcu przypominał pisk młodej mandragory. W zasadzie Asa był tak blady i zmęczony, jakby przed chwilą zemdlał z powodu spotkania tej przemiłej rośliny.
– Więc zamiast mnie wystawisz Coleman, tak? Tylko ona zgłosiła się na szukającego, a wiesz przecież, że nadaje się do tego jak Weasleyowie do używania różdżek.
Zaskoczyło mnie to, co powiedział. Oczywiście jego rodzina nadal miała fioła na punkcie czystości krwi, a Score często wygłaszał swoje (albo bardziej swoich rodziców) radykalne poglądy w najmniej odpowiednich momentach, ale nigdy nie myślałam, że posunie się do czegoś takiego.
Nie tylko ja byłam zszokowana. Albus wyglądał, jakby ktoś przywalił mu w twarz. Score, jeśli wiedział, że Potter jest blisko, powstrzymywał się przed wygłaszaniem takich opinii. Całe szczęście, że powiedział to w miarę cicho, bo mielibyśmy na głowie nauczycieli i innych uczniów, prawdopodobnie próbujących wydrapać nam oczy albo, co gorsza, połamać różdżki.
Jacqueline Nott, ścigająca, wstała i uderzyła ręką w stół.
– Powiem to tylko raz, Rowle, i masz coś z tym zrobić. Nie będę grała z tym rasistą w jednej drużynie. – Wskazała palcem na Scorpiusa. – To właśnie przez niego ludzie myślą, że jesteśmy nadętymi dupkami, a doskonale wiesz, że tak nie jest!
Miałam ochotę ją uścisnąć albo co najmniej przybić piątkę. Lubiłam Score'a, oczywiście, jednak nie mogłam wytrzymać, kiedy ktoś umniejszał godność innych ludzi tylko przez nazwisko bądź status krwi. Często miałam dość tej całej ideologii, choć oczywiście według uczniów z innych domów, skoro jestem Ślizgonką, powinnam ślepo wierzyć w to, w co wieki temu wierzył Slytherin.
Tymczasem Jacqueline kontynuowała swoją tyradę:
– Nie mam zamiaru być wytykana palcami na korytarzach tylko dlatego że…
– Uspokój się – Asa odezwał się cicho, udając, że panuje nad sobą. – Za pół godziny gramy jeden z najważniejszych meczy w naszym życiu, więc skupmy się na cholernej taktyce i pracy zespołowej, i nie obchodzą mnie – podniósł głos, widząc, że Jacqueline otwiera usta, by zaprotestować – wasze poglądy i uprzedzenia. Weźcie się w garść, jasne? A z tobą, Malfoy – dodał ciszej – porozmawiam po meczu.
Albus nie odzywał się przez cały czas. Milczał w drodze na boisko i kiedy zaczynał się mecz. Wolałam sobie nie wyobrażać, jak się czuje w tej sytuacji. Pamiętam, jak w pierwszy dzień szkoły był wytykany palcami i wyśmiewany tylko dlatego, że nazywał się Potter i trafił do Slytherinu. Wtedy Score oznajmił wszystkim, że Al jest jego najlepszym przyjacielem, co oczywiście natychmiast pomogło. Mówił, że nie obchodzi go rodzina Ala i inni też nie powinni się nią interesować. 
Nie za bardzo wiedziałam, co powiedzieć, ale musiałam to zrobić, mimo że warunki niespecjalnie nadawały się do głębokiej rozmowy o uczuciach.
– Al, rozumiem cię, to naprawdę nie…
Przyłożył palec do ust.
– Wiem. Nieważne. Skup się na meczu.
Nie chciałam naciskać. Jeśli nie miał ochoty o tym rozmawiać, nie mogłam go do tego zmuszać.
Spojrzałam na boisko akurat wtedy, kiedy Jacqueline przerzuciła kafel przez obręcz.
– DZIESIĘĆ PUNKTÓW DLA SLYTHERINU! – głos Jaya Farwella przedarł się przez wrzawę kibiców. Zawsze zastanawiało mnie, jakim cudem tak mała liczba ludzi mogła zrobić taki hałas. 
Jacqueline nie miała czasu na triumfalną pętlę wokół słupków. Razem z Asą i Nate'em Zabinim okrążyli Lacey Northern, Krukonkę, która właśnie mknęła ku naszym obręczom. Zabini wyprzedził ją i gwałtownie skręcił w jej stronę, zmuszając, by zahamowała. Był to ryzykowny manewr, Northern mogła nie mieć aż tak szybkiego refleksu, by zdążyć się zatrzymać. Jednak ona była cholerną Krukonką i po prostu zanurkowała, wymijając Nate'a dołem. Została nagrodzona wiwatami, jednak kibice nie cieszyli się długo. 
– Rowle i Nott nie dają za wygraną... Northern podaje kafla do Starnes... Starnes unika tłuczka, kafel trafia do Zabiniego... DWADZIEŚCIA DO ZERA DLA SLYTHERINU! – krzyknął Farwell, a jego dalsze słowa zostały zagłuszone przez oklaski Ślizgonów. 
Szukałam wzrokiem Scorpiusa, który zwykle bardziej angażował się w grę. Jednak tym razem krążył wysoko nad głowami pozostałych zawodników, a Andrew Corden, szukający Krukonów, trzymał się blisko niego, jakby bał się, że go zgubi. Zapewne tak było, bowiem Krukoni nie słynęli z dobrych szukających. Corden mógł jedynie mieć nadzieję, że wyprzedzi Scorpiusa, gdy ten wypatrzy znicza. 
Usłyszałam, jak Jay Farwell krzyczy, że Krukoni zdobyli punkty, a przez trybuny Ślizgonów przeszedł jęk zawodu. Odwróciłam się do Ala, by zapytać o aktualną sytuację, i wtedy go zobaczyłam.
Chłopak z łazienki, jak nazywałam go w myślach, stał obok Albusa jak gdyby nigdy nic i bezczelnie wpatrywał się we mnie. Skórzana, niezapięta kurtka łopotała na wietrze, podobnie jak przydługawe, czarne włosy. Jego ubranie było zupełnie nieprzystosowane do pory roku: pod kurtką miał jedynie czarny podkoszulek, a spodnie tego samego koloru wydawały się być z bardzo cienkiego materiału. Jednak nie wyglądał na kogoś, kto zamarza. Dodatkowo miałam dziwne wrażenie, jakbym tylko ja go widziała. 
– Witaj, Audrey. – Jego głos był głęboki, zupełnie nie pasował do drobnej sylwetki. Nie krzyczał, a mimo hałasu słyszałam go bardzo wyraźnie. Otworzyłam usta ze zdumienia. Nie mogłam pozbyć się uczucia, że powinnam wiedzieć, kim ten człowiek jest. Powinnam też odezwać się do niego, ale po pierwsze nadal byłam w lekkim szoku, a po drugie, jeśli faktycznie tylko ja go widziałam, nie chciałam, żeby inni uznali mnie za wariatkę. W końcu nawet w świecie czarodziejów rozmawianie ze zjawami, które pojawiają się raz na jakiś czas w najmniej odpowiednich momentach, jest uznawane za troszkę odbiegające od normy. 
W tym momencie Albus odwrócił się do mnie i ten moment wystarczył, żeby mój tajemniczy prześladowca zniknął. Dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Można by powiedzieć, że się deportował, ale zniknięciu nie towarzyszyło charakterystyczne trzaśnięcie.
– Zamknij usta, bo się przeziębisz. – Al uśmiechnął się lekko. – Stało się coś?
Pokręciłam głową; chciałam mu powiedzieć, żeby przestał się tak o mnie martwić. W ciągu trzech dni zapytał osiem razy, czy wszystko w porządku. Można dostać szału. 
Kiedy ponownie skupiłam się na grze, Zabini dostał tłuczkiem w brzuch i zleciał z miotły. Oburzony tłum buczał, a pani Hooch przyznała Ślizgonom rzut wolny. Tym sposobem zyskaliśmy przewagę pięćdziesięciu punktów i straciliśmy jednego z lepszych zawodników. A mówią, że tylko Ślizgoni grają nieczysto.
Gra stawała się coraz bardziej brutalna, a podniecenie meczem rosło z każdym podaniem kafla. Tymczasem Malfoy nadal latał spokojnie nad głowami pozostałych zawodników, czego Farwell nie omieszkał skomentować mówiąc, że szukający Ślizgonów zachowuje się jak wyjątkowo leniwy gumochłon. Profesor McGonagall krzyknęła, że jeżeli jeszcze raz zachowa się tak subiektywnie, dożywotnio straci posadę komentatora w Hogwarcie. Niestety wrzasnęła prosto do mikrofonu i mógł usłyszeć ją każdy uczeń. Cóż, zawsze wiedziałam, jak skończy się komentowanie meczu Ślizgonów przez Gryfona.
– Boot ma kafla, podaje do Northern... Northern unika tłuczka, znów podaje do Boota... KOLEJNE DZIESIĘĆ PUNKTÓW DLA KRUKONÓW! 
Zdążyłam pomyśleć, że Malfoy mógłby się trochę pospieszyć – nasza przewaga zmniejszała się w zastraszającym tempie – i w tym momencie zanurkował, a zaraz za nim Corden. 
– Dawaj, Score! – krzyknął Albus.
Malfoy leciał w dół z zawrotną prędkością i wyglądało na to, że nie zamierzał wyhamować. Było jasne, że tylko zwodzi Cordena i nie mam pojęcia, jak Krukon mógł tego nie zauważyć. 
Gdy byli tuż nad ziemią i Scorpius miał pewność, że jego przeciwnik nie zdąży się zatrzymać, poderwał miotłę do góry. Corden zarył w ziemię, przekoziołkował parę metrów razem ze złamaną miotłą, upadł na plecy i już nie wstał. Został przeniesiony na niewidzialnych noszach do skrzydła szpitalnego.
Teraz Malfoy mógł spokojnie wypatrywać znicza, choć zdaje się, że znalazł go na początku gry i nie spuszczał z niego oka. Pędził w stronę złotej piłeczki, jakby od tego zależało jego życie (jestem prawie pewna, że w rzeczywistości tak było) i już po chwili trzymał ją w zaciśniętej pięści. Ślizgoni wpadli w szał, wszyscy ściskali, całowali i uśmiechali się do kogo tylko mogli. Nawet nie wiedziałam, że tak potrafimy. Natomiast cała drużyna jakby zapomniała o wcześniejszym incydencie w Wielkiej Sali i tłoczyła się wokół Malfoya, zapewne gratulując sobie nawzajem.
Tłum powoli wylewał się na błonia. Najpierw wiwatujący Ślizgoni, potem cała reszta Hogwartu, która nie była już tak zadowolona z życia. Nie mogliśmy dostać się do drużyny ani na błoniach, ani na korytarzach; udało nam się to dopiero w pokoju wspólnym, kiedy niektórzy zniknęli w swoich dormitoriach albo innych ustronnych miejscach. Gdy przecisnęliśmy się przez tłum do kominka, pod którym siedzieli zawodnicy, Asa natychmiast zerwał się z miejsca i wziął mnie w objęcia, jakby to była zupełnie naturalna rzecz, którą robił po każdym meczu. Uścisnął mnie mocno, a ja nieśmiało poklepałam go po ramieniu. Nie podobała mi się ta sytuacja, miałam ochotę użyć na nim jakiegoś ciekawego zaklęcia.
– Udało nam się! Wygraliśmy! – krzyknął, odsuwając się ode mnie trochę. Mimo to nadal czułam się nieswojo.
– Rowle, jeśli jeszcze raz coś takiego zrobisz, zetrę ci ten głupi uśmieszek z twarzy, rozumiemy się? – oznajmiłam, wyciągnąwszy różdżkę.
– Co tylko zechcesz, kochanie – uśmiechnął się przesadnie szeroko. Wyminęłam go i usiadłam na kanapie obok Scorpiusa, który był mniej szczęśliwy z wygranej niż zazwyczaj. Wzięłam głęboki oddech i skrzyżowałam ręce na piersiach. Czas pogodzić dwóch najlepszych przyjaciół. 
– Wiesz, że spieprzyłeś sprawę, tak? – Malfoy milczał (nie dziwię się, nikt z nas nie lubi przyznawać się do błędu), więc mówiłam dalej. – To nie będzie łatwe, ale musisz go przeprosić. I najlepiej zrób to teraz. 
– Za co niby?! – obruszył się. – Ja tylko wyrażałem swoje poglądy! 
Spojrzałam wymownie w sufit. Merlinie, dlaczego on jest taki tępy. Farwell miał rację, czasem naprawdę zachowywał się jak gumochłon.
– Za to, że obraziłeś jego rodzinę, idioto – powiedziałam spokojnym głosem.
Score otworzył usta by coś powiedzieć, ale po chwili je zamknął i pokiwał głową. – No, to na co czekasz? Idź do niego.
Malfoy wziął głęboki oddech i powoli wstał. Mogłabym postawić dziesięć galeonów, że trzęsły mu się nogi.
Posiedziałam chwilę sama, ale gdy zauważyłam, że Asa zmierza w moim kierunku, podeszłam szybko do Claire Rookwood i Lucy Greengrass. Nie miałam ochoty ponownie być przez niego przytulona zwłaszcza, że wyglądał już na lekko wstawionego. Claire i Lucy podały mi butelkę Ognistej Whisky, ale grzecznie podziękowałam. Dziś nie chciałam pić; skoro miałam halucynacje na trzeźwo, wolałam nie myśleć, co by się działo, gdybym była pijana. W ogóle nie chciałam tam siedzieć. Radość ze zwycięstwa dziwnie wyparowała, chciałam tylko udać się do dormitorium, położyć w łóżku i przetrząsnąć każde wspomnienie w poszukiwaniu mojego tajemniczego znajomego. Zapewne bym tak zrobiła, gdyby nie Al i Scorpius, którzy, najwyraźniej już pogodzeni, zawołali mnie do siebie. Uśmiechnęłam się, myśląc, że może to znak, że wszystko wraca do normalności.

***

Jednak rano nic nie było normalne. Po pierwsze, zaspałam, choć to można usprawiedliwić – profesor Zabini wygonił nas do łóżek dopiero o czwartej rano. Całe szczęście, że była niedziela i śniadanie zaczynało się dopiero o dziewiątej. Po drugie, znów miałam tę dziwną wizję. Bardzo wyraźną i realistyczną, jakby ktoś włączył w moim mózgu telewizor. Tym razem ukrywałam się za wielką, złotą kolumną ozdobioną różnymi scenami, takimi jak centaur uczący jakieś dziecko strzelać z łuku. W myślach pogratulowałam autorowi fantazji. Centaury nigdy w życiu nie zaczną się zadawać z ludźmi.
Wyglądało na to, że twórca tych kolumn naprawdę miał wybujałą wyobraźnię. Wyżej umieścił jakiegoś wielkiego gościa, który odcinał łby Bardzo Wkurzonej Bestii. Wyglądała trochę jak zirytowana tentakula, tylko o wiele bardziej groźna.
Odważyłam się wyjrzeć zza filaru i aż podskoczyłam. Znajdowałam się w ogromnej, półkolistej sali. Po przeciwnej stronie stało dwanaście tronów, a na nich siedzieli ludzie jeszcze więksi niż Hagrid. Niemożliwe, żebym trafiła do nory olbrzymów, ale na tym skończyły się moje pomysły dotyczące tego miejsca. 
Jeden z nich, ten siedzący na środku, wyraźnie miał nad pozostałymi jakąś władzę. W jego ciemnej, krzaczastej brodzie co chwilę coś błyskało, jakby malutkie pioruny. 
– Nie możemy jej jeszcze stamtąd zabrać! – zagrzmiał, uderzając pięścią w podłokietnik. Atmosfera zrobiła się bardzo napięta.
– Zeusie, to moja córka i ma już siedemnaście lat, wystarczająco dużo, by dowiedzieć się, kim naprawdę jest! – Mężczyzna siedzący po jego lewej stronie zerwał się ze swojego tronu ozdobionego kośćmi różnego rozmiaru. W jego oczach zapłonął dziwny, czerwony blask. O kimkolwiek rozmawiali, współczułam tej dziewczynie ojca, który wyglądał jak wokalista Fatalnych Jędz. 
Wtedy odezwała się jedna z kobiet, lecz była o wiele spokojniejsza i bardzo pewna siebie. Ona z kolei przypominała mi Rowenę Ravenclaw ze starych obrazów.
– Hadesie, jeśli za bardzo się pospieszymy, dziewczyna dozna szoku i możemy nie zdążyć do letniego przesilenia. 
– Będzie w szoku jak wszyscy, którzy dowiedzieli się o swoim prawdziwym pochodzeniu – warknął wokalista Fatalnych Jędz – więc przestań udawać, że się o nią martwisz. Mój syn odwiedził ją dzisiaj...
– Nie wtrącaj w to swojego syna – rzekł Zeus, również wstając. – Narada zostaje przełożona na jutro, wtedy zadecydujemy o losie Audrey Baines. 
Wtedy właśnie ocknęłam się w swoim łóżku, cała spocona i zestresowana. W głowie kłębiło mi się pełno chaotycznych myśli. Dlaczego śnią mi się takie rzeczy? Dlaczego mój ojciec przypomina wokalistę zespołu, który już dawno przestał istnieć? Dlaczego właściwie banda jakichś olbrzymów będzie decydować o moim losie? 
Miałam wrażenie, jakby mój mózg miał zaraz wybuchnąć. Dlatego właśnie złamałam jedną ze swoich najważniejszych zasad – pobiegłam do sypialni chłopców z mojego roku.

piątek, 26 grudnia 2014

Rozdział I/Prolog/Nazwij to jak chcesz


No to ten... wróciłam, tak jakby. Oczywiście nie napisałam ani jednego rozdziału do przodu, a jeśli chodzi o to na dole - nie mam zielonego pojęcia, co to jest. Potraktujcie to jako prezent gwiazdkowy, okay? 
Naprawdę Was przepraszam, że tak długo to trwało i dostajecie marne 5 stron, ale... dopadła mnie choroba zwana życiem i ciężko mi znaleźć czas na cokolwiek poza szkołą i znajomymi (tak, Dianka powoli pozbywa się social anxiety! *oklaski*). 
Ekhm... enjoy xx

PS Za wszelkie usterki, brak logiki i inne małe awarie bardzo przepraszam, ta przerwa niezbyt dobrze zrobiła mojej wenie. W razie czego krzyczeć, a ja zaraz będę poprawiać.
___________________________

– Panno Baines, proszę przestać pukać w tę ławkę.
            Głos profesora Longbottoma przedarł się przez stan dziwnego otępienia, w którym znajdowałam się przed chwilą. Ostatnio dość często mi się to zdarzało – wydawało mi się, że znajduję się w innym, lepszym miejscu. Takim, do którego bardziej pasuję.
            Odetchnęłam głęboko, starając się zapomnieć o widoku pól truskawek skąpanych w słońcu, i odłożyłam małą łopatkę. Wymamrotałam przeprosiny, a Longbottom skinął głową i wrócił do wykładu na temat kłaposkrzeczek.
            Jedynie Albus Potter posłał mi pytające spojrzenie, które zignorowałam; reszta Ślizgonów patrzyła na mnie, jakbym była jakimś wybrykiem natury. Nie ma się co dziwić, w końcu nie pierwszy raz naraziłam nasz dom na utratę punktów. Chociaż w tym roku bardzo staram się nie podpadać nauczycielom – naprawdę chcemy odebrać Puchonom Puchar Domów, który trzymają u siebie już od trzech lat.
            Profesor Longbottom miał zadziwiającą zdolność opowiadania o najbardziej nudnych roślinach w taki sposób, że miało się wrażenie, jakby były najniebezpieczniejszymi stworzeniami na świecie. Niestety, czego by nie robił, ja i tak zawsze musiałam na chwilę odpłynąć. Właściwie nie było lekcji, na której skupiałabym się przez cały czas.
            Gdy Longbottom przypominał, jak nawozić kłaposkrzeczki, zabrzmiał dzwonek ogłaszający początek przerwy.
            – Na następnej lekcji dokończymy ten temat – oznajmił, przekrzykując harmider, który robili pakujący się uczniowie. Kolejną jego zaletą było to, że zadawał bardzo mało prac domowych. Niestety, jeśli już to robił, trzeba było poświęcić na nie dużo czasu. Z reguły składały się z przeczytania jakiejś lektury uzupełniającej, co dla mnie było męczarnią. Nie wiem, czy jestem aż tak straszna, ale kiedy próbuję czytać, literki zawsze ode mnie uciekają albo zamieniają się miejscami.

            Grudniowe powietrze nie jest zbyt przyjemne, kiedy wychodzi się z rozgrzanej cieplarni. Otuliłam się ciasno płaszczem i przyspieszyłam kroku, byle tylko dostać się do ciepłego zamku. Szłam szybko, o ile można tak nazwać przedzieranie się przez zaspy śniegu do kolan.
            Mimo że wyprzedziłam prawie wszystkich Ślizgonów, Albus Potter i tak mnie dogonił.
            – Audrey, jak się czujesz? – zapytał, chuchając w dłonie, przez co jego głos był trochę zniekształcony.
            – Al, przecież nie umieram. – Klepnęłam go w ramię. – To, że czasem się zamyślę, wcale nie znaczy, że coś jest ze mną nie tak, prawda? Spójrz na przykład na taką Weasley. – Kiwnęłam głową w stronę dziewczyny, która właśnie nas minęła. – Jest najnormalniejszą osobą na świecie, a wcale nie koncentruje się na historii magii.
            – Jasne, bo gdyby ktoś koncentrował się na historii magii, to by dopiero było dziwne. Dzięki, zawsze wiedziałem, że jest ze mną coś nie tak. – Zatarł zaróżowiałe od zimna ręce.
Uśmiechnęłam się, ale Potter tego nie zauważył. Obserwował jakąś dziewczynę o blond włosach, która stała w otoczeniu Gryfonów, ale sama miała szalik w barwach Ravenclawu. Była odwrócona tyłem, więc nie mogłam dostrzec twarzy, ale znając Ala, była to panna Bones, która podobała mu się od pierwszego roku. Oczywiście udawał, że wcale tak nie jest, a ja i Scorpius udawaliśmy, że mu wierzymy.
– Potter, tu jestem. – Machnęłam mu ręką przed oczami. – Dlaczego nie włożysz tych dłoni do kieszeni?
– Och, no tak – wymamrotał, zmieszany, i szybko zmienił temat. – Widziałaś rano Score’a?
– Przypominam ci, że to ty śpisz z nim w jednym dormitorium.
– A kto was tam wie… – Al obdarzył mnie spojrzeniem z serii „nie zaprzeczaj, to i tak nic nie da”. – Zresztą, wyszedł zanim ktokolwiek zdążył otworzyć oczy.
– Pewnie poszedł na boisko.
Zawsze tak było. Jeśli nie wiesz, gdzie znaleźć Scorpiusa Malfoya, najpierw sprawdzasz na boisku do quidditcha. Masz 99% szans, że tam właśnie będzie. A tym bardziej, jeśli zbliża mecz. I to nie byle jaki: od niego zależały dalsze losy drużyny Ślizgonów w rozgrywkach.
Pchnęłam ramieniem drzwi wejściowe.
W zamku nie było jeszcze bożonarodzeniowych dekoracji, więc poręcze były gołe, nigdzie nie stały choinki, a zbroje nie wyśpiewywały kolęd, jednak dało się wyczuć tę szczególną atmosferę. Do świąt zostały jeszcze dwa tygodnie, ale prawie wszyscy myśleli już o wspaniałym jedzeniu i nicnierobieniu.
Próbowaliśmy przecisnąć się do schodów, ale uniemożliwiał nam to duży tłum pierwszoklasistów, którzy chyba zgubili się w drodze na eliksiry. Z hałasu, jaki robili, można było wychwycić zdania typu „och, profesor  Iliakow znowu odejmie na punkty, pozostali Krukoni nas zabiją”.
Z kolei za sobą słyszałam przekleństwa starszych uczniów.
W takich warunkach nie dało się rozmawiać, skupialiśmy się na tym, żeby w miarę sprawnie omijać pierwszoklasistów i szybko dostać się na schody. Ponieważ starsi uczniowie nie mieścili się w sali wejściowej, drzwi były cały czas otwarte i zaczynało być tu tak zimno, jak na dworze. 
Mimo moich starań co chwilę ktoś mnie potrącał albo deptał. Kiedy cierpliwość mi się wyczerpała i miałam krzyknąć, żeby wreszcie przestali biegać jak stado nierozgarniętych hipogryfów, ktoś mnie wyprzedził.
– STOP! – wrzasnął Scorpius Malfoy, który właśnie pojawił się na szczycie schodów. Na jego piersi błyszczała odznaka prefekta, ale minę miał jakby był co najmniej dyrektorem Hogwartu.
– Niech wszyscy ustawią się w rzędzie pod ścianą – rozkazał, a gdy pierwszoroczniacy wykonali polecenie (oczywiście nie bez problemów. Każdy chciał jak najszybciej dostać się na wskazane miejsce, jakby Score mógłby zrobić im coś strasznego za niewykonanie polecenia), ukłonił się teatralnie.
– Przejście dla szanownej starszyzny – oznajmił, uśmiechają się szarmancko.
Dzieciaki znów zaczęły głośno gadać, ale przynajmniej nie zajmowały całego korytarza. Score powiedział jednemu z nich, jak dotrzeć do lochów.
–Witam szanowną pannę Baines oraz pana Pottera. Żywię nadzieję, iż spało się państwu wybornie – powiedział, kiedy wreszcie do niego doszliśmy. Zaczęłam nerwowo grzebać w torbie w poszukiwaniu planu lekcji. Cholerna kartka, zawsze się gdzieś zaplącze.
– Naturalnie, choć byłoby lepiej, gdyby pan, panie Malfoy, nie chrapał aż tak głośno – odparł Al.
–  Przestańcie się wydurniać i powiedzcie, gdzie mamy następną lekcję.
Jak zwykle zgubiłam plan; z wściekłości miałam ochotę coś rozwalić.
– Audrey, jest grudzień. Czy ty chociaż raz nie możesz nauczyć się planu na pamięć?
– A czy ty choć raz nie możesz mi normalnie odpowiedzieć na to pytanie?
Spiorunowałam Ala wzrokiem. Sęk w tym, że właśnie nie mogłam zapamiętać tych wszystkich numerów klas i kolejności zajęć. Zawsze mi się to mieszało, a im bardziej się starałam, tym było gorzej.
Score zmarszczył brwi.
– Transmutacja.

***

Wieczorem, kiedy wszyscy normalni ludzie dawno okupowali najlepsze sofy w pokojach wspólnych, nienormalni ludzie (czytaj: siódmo– i piątoklasiści) okupowali najlepsze stoły w bibliotece. Grudzień był tym miesiącem, w którym zorientowaliśmy się, że, o słodki Merlinie!, zostało nam niecałe sześć miesięcy do OWUTEMów i wypadałoby zacząć się uczyć. Niestety dotyczyło to wszystkich uczniów (oprócz Krukonów oczywiście; krążyły plotki, że oni już w wakacje organizowali spotkania i powtarzali materiał), zaczynało więc brakować książek w bibliotece.
Wpadłam do ciemnej sali, trzymając ostatni egzemplarz „Jak szybko przetransmutować człowieka w dowolne zwierzę”, który cudem zgarnęłam z półki – jakiś podejrzanie wyglądający Gryfon, którego nigdy wcześniej nie widziałam (cóż, z moim brakiem zdolności do zapamiętywania twarzy to nie była żadna niespodzianka), wyciągał już po nią rękę. Mam nadzieję, że nie dorwie mnie na jakimś pustym korytarzu, bo po spojrzeniu, jakim mnie obdarzył, miałam wrażenie, że chciał mnie zamordować na miejscu.
Oburzeni ludzie unieśli głowy znad książek i prawie jednocześnie pokazali palcami, że mam się uciszyć. Wzrokiem odszukałam moich towarzyszy życia, to znaczy Score’a i Albusa, którzy byli otoczeni wianuszkiem dziewczyn, mimo że siedzieli w najdalszym i najciemniejszym kącie. Cóż, bycie sławnymi synami sławnych czarodziejów (okej, może ojciec Scorpiusa nie był bardzo sławny, ale za czasów młodości na pewno bardzo przystojny) ma swoje wady.
– Moje drogie, to nie jest zoo, tylko biblioteka – oznajmiłam, naśladując głos pani Pince. – Kolegów będziecie podziwiać na przerwach.
Dziewczyny rozejrzały się, przerażone, a gdy dotarło do nich, że ja – Audrey Baines, zwykła Ślizgonka, bez sławnych rodziców, do tego nawet nie ładna – ośmieliłam się zwrócić im uwagę, zostałam po raz kolejny tego wieczoru zgnieciona oburzonymi spojrzeniami.
– Och, Merlinie, won mi stąd! – wskazałam prawą ręką bliżej nieokreślony kierunek. Ważne, że tym razem zrozumiały, o co mi chodzi i odeszły. – Naprawdę nie możecie się powstrzymać? – zwróciłam się do przyjaciół.
– Wybacz, że jesteśmy tak atrakcyjni. Wiem, że trudno to zrozumieć, ale…
– Scorpius, zamknij się – przerwał mu Al. Na szczęście, bo gdyby mówił dalej, z pewnością jego twarz nie byłaby już taka piękna, jak uważał. Score uśmiechnął się do mnie złośliwie, co było normalne w naszej relacji, więc uznałam, że mogę bezpiecznie usiąść naprzeciwko niego.
– Wiecie co, Iliakow mnie zabije – mruknął po dłuższej chwili ciszy. – A przecież w sobotę mecz quidditcha, powinienem ćwiczyć, ale oczywiście, lepiej siedzieć nad jakimiś durnymi eliksirami.
Naprawdę próbowałam się skupić, więc gestem pokazałam mu, żeby się nie odzywał. Wypuścił głośno powietrze, ale nic nie powiedział. Zaczął pisać coś wolno na pergaminie. Skrzypienie pióra nigdy nie było przyjemnym odgłosem, a teraz wydawało mi się, jakbym słyszała tylko to. Wszyscy nagle uparli się, żeby coś pisać, a mnie zaczynało przez to roznosić. Kiedy miałam wrażenie, że wybuchnę, w mojej ręce nagle pojawiły się dwa galeony. Nie mam pojęcia, skąd się wzięły, ale wolno włożyłam je do kieszeni, spoglądając, czy Al i Score niczego nie widzą. Napięcie raptownie zaczęło spadać, a pióra przestały tak głośno skrzypieć.
Tymczasem Scorpius znów zaczął marudzić.
– Przecież ja nie zdążę tego do jutra przeczytać, a co dopiero zapamiętać. – Spojrzał smutno na opasłą księgę, jakby chciał ją poprosić, żeby sama się przeczytała.
– Proponuję więcej czasu spędzać z dziewczynami – odparłam niewinnym tonem.
– To nie moja wina, że się do mnie kleją. I do Ala. Ty jesteś po prostu zazdrosna. – Wycelował we mnie palec w oskarżycielskim geście.
– Wybacz, ale nie chcę, żeby kleiła się do mnie jakakolwiek dziewczyna.
– Szkoda tylko, że chłopacy też tego nie robią.
Tym zdaniem Scorpius Malfoy naprawdę mnie zirytował. Gdyby Al nie interweniował, rzuciłabym w niego ciekawym urokiem i nie obchodziła mnie groźba jakiegoś tam szlabanu.
– Wiedzieliście, że każdy z założycieli miał swój miecz? – zapytał, prawdopodobnie chcą odwrócić naszą uwagę od kłótni. – Tak jak Gryffindor.
– Jeju, to naprawdę fascynujące, Al – odparł Score, udając, że naprawdę go to interesuje. Jednocześnie spojrzał na mnie znacząco. Albus nigdy nie zrozumiał, jak można nie lubić historii magii i często zarzucał nas jakimiś ciekawostkami zupełnie niezwiązanymi z tematem rozmowy.
– Wiem, inaczej bym tego nie mówił. –Potter był zupełnie nieświadomy tego, że Score znów zagłębił się w lekturze swojej książki. – Nikt nie wie, skąd się wzięły, a gobliny, które je wykonały, nie chciały przyznać, kto je o nie poprosił. To dziwne. – Podniósł wzrok znad księgi i dopiero wtedy zauważył moją nieco zdezorientowaną minę.
– Al, to naprawdę bardzo ciekawe – powiedziałam, uśmiechając się delikatnie – ale zrozum, że nas nie do końca interesują starożytne miecze i gobliny.
– Czasem moglibyście tego posłuchać, chociaż dla poszerzenia horyzontów! – oburzył się, zapominając o obowiązującej ciszy. Prawie natychmiast pojawiła się pani Pince, bibliotekarka, która przez swoją chudą sylwetkę i garbaty nos przypominała nieco sępa.
– Co to ma znaczyć?! – krzyknęła szeptem. Tak, lata pracy w bibliotece sprawiły, że potrafiła to robić. – Tu się czyta, nie rozmawia! Proszę natychmiast opuścić salę! – Zatrzasnęła mi ze złością książkę i, chwyciwszy oburącz, przycisnęła do piersi.
Chciałam coś powiedzieć, podobnie jak Scorpius, ale Albus uciszył nas spojrzeniem. Spakowaliśmy szybko torby i powlekliśmy się do wyjścia. Żadne z nas wolało nie myśleć o reprymendzie od nauczycieli za nieodrobioną pracę domową.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Liebster Award

Diance się nudzi, a prolog musi swoje odleżeć, a więc:
Des, bardzo cię kocham, to jasne jak włosy Scorpiusa :'). Mogę sobie odpuścić te wszystkie podziękowania i tak dalej, co nie?
*bezczelnie kopiuję* ''Nominacja do Libster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za ''dobrze wykonaną robotę''. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.''

Od razu powiem, że nie nominuję nikogo, bo a) nie chce mi się i b) w zasadzie to nie mam kogo.

Pytania:

1. Jaka jest Twoja ulubiona fikcyjna para i dlaczego?

You mean OTP? 

*wcale nie gapię się na to od pięciu minut*

Aktualnie najbardziej shipuję Destiela, wcześniej było Rose x 10th, jeszcze wcześniej Gwen x Peter, a tak ogólnie to Percico xD

2. Możesz wybrać sobie dwa fantastyczne stworzenia, jakie i dlaczego?

Na pewno hipogryf (halo halo, moja OC zapieprzała na hipogryfach) no i kotorożec XD

3. Skąd bierzesz pomysły/natchnienie?

Idk, same przychodzą, same odchodzą.

4. Jaka była Twoja ulubiona bajka Disney'a?

Piękna i Bestia forevah. Bajka z przesłaniem, to co Dianka lubi najbardziej.

5. Możesz wybrać sobie jeden świat ukazany w książce/serialu/anime/czy co tam jeszcze jest, w którym będziesz żyć. Co wybierasz?

Nie mogę się zdecydować, więc wybieram SuperPotterWhoLocka.

6. Co uważasz o osobach, które interesują się jakąś serią tylko dlatego, że jest popularna?

Sezonowcy to zło :') Znaczy no, niech sobie czytają co chcą, a jeżeli potem nadal będą wierni serii, to jest bardzo fajne. 

7. Właśnie w tej chwili rozpoczyna się zombie apokalipsa. Co robisz?

Dzwonię po Winchesterów, jedziemy Impalą na Baker Street 221B, a stamtąd ładujemy się do TARDIS i oczywiście powstrzymujemy tę apokalipsę. Nie z takimi zagrożeniami już sobie radziliśmy! 

8. Jaki jest Twój stosunek do osób o innej orientacji seksualnej?


Wiem, że bardzo popularny obrazek, ale najlepiej oddaje mój stosunek.

9. Co uważasz o ludziach, którzy nie czytają książek?

Nie tępię ich ani nic, ale uważam, że tracą naprawdę dużo. 

10. Czy czujesz z jakąś fikcyjną postacią szczególną więź? Jeżeli tak, to z jaką i czemu?

Of kors, że z Nico. *nie żeby był moim bratem, pff, skądże znowu* Dlaczego? Well, jesteśmy bardzo podobni z charakteru i mamy podobne problemy. Nie chcę się na ten temat rozpisywać, bo zaraz zacznę rozpaczać nad swoim marnym życiem :')

11. Na koniec coś łatwego: Jaki jest Twój ulubiony owoc?

Truskawki.

Update!

Dziękuję bardzo Zaczytanej za nominację :)

1. Czym się interesujesz?

Hm. Chyba jasne, że pisaniem. Oprócz tego czytam, jeżdżę konno i, jeśli to można zaliczyć do zainteresowań, to superwholockuję.

2. Jaki gatunek książek czytasz?

Generalnie fantasy, czasem kryminały (Sherlock i dzieła pani Christie), a z bardziej... normalnych książek, to wszystkie pana Zielonego.

3. Od jak dawna piszesz?

Well, jakoś w październiku mijają mi dwa lata.

4. Jesteś optymistą czy pesymistą? 

Staram się być optymistką, ale czasem nie wychodzi, zwłaszcza, że dzieci Hadesa mają skłonności do pesymizmu.

5. Czym twoim zdaniem jest życie? 

Trudne pytanie i chyba nie odpowiem.

6. Jaki obrazek przedstawia Twoje nastawienie do świata?

http://thomas-galvin.com/blog/wp-content/uploads/gif-party/sad/castiel.gif 
Nie do końca jest to moje nastawienie, ale tak wyglądam praktycznie przez cały czas w internetach xD

7. Twój ulubiony cytat?

"Just because they say those things, doesn't make them true."

8. Wolisz pisać na papierze czy na komputerze?

W sumie to mi to obojętne.

9. Wymień trzy wartości, jakimi kierujesz się w życiu.

Rodzina, przyjaźń i... wolność? 

10. Jak ci się podoba mój blog?

Idk, nie czytałam.

11. Skąd czerpiesz inspirację? 

Internety. 

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Wielki come back...

... a przynajmniej tak myślę.
Pewnie się tego nie spodziewaliście, ale zamierzam wrócić. Nie wiem jeszcze, kiedy dokładnie, aczkolwiek możecie się szykować psychicznie na pisanie długich komentarzy.
Będzie nowa fabuła, nowi bohaterowie, nowy szablon i w ogóle aż mi się w głowie kręci od tych nowości.
Tylko nie cieszcie się aż tak bardzo, tym razem nie będę taka głupia i chcę napisać parę rozdziałów do przodu, a z moim zapałem to będzie trudne.
Miłych wakacji i w ogóle wszystkiego, co najlepsze x

PS To wcale nie jest chamska reklama: http://disconsolate-generation.blogspot.com/ Rozdział będzie nie wiadomo kiedy (możliwe, że w piątek) pytajcie kochanej Kath.
PS2 Ktoś wie, gdzie mogę ściągnąć Supernatural za darmo i bez dziwnych weryfikacji? Błagam, proszę i żądam linki, bo nie wyrabiam w szkole.

sobota, 22 lutego 2014

Urodziny

Głupia Dianka myślała, że rocznica jest w marcu, a była 11 lutego ;___;  Chciałam zrobić niespodziankę i jak zwykle nic z tego nie wyszło, no trudno.
Tak, tak, już rok się ze mną męczycie. Chciałabym bardzo, bardzo, bardzo podziękować za ponad 20000 wyświetleń i 38 obserwatorów. I za to, że przeżyliście moje pierwsze rozdziały :D Uwielbiam Was! 
A teraz tak:
Lydii dziękuję za to, że była ze mną od początku, za miłe słowa, za nasze rozmowy i za to, że pomogłaś mi wybrać ulubioną potrawę Franka xD
Kath dziękuję za to, że została moim osobistym poganiaczem. Serio, bez świadomości, że wrzucisz mnie do Tartaru, a potem wyciągniesz, żebym mogła ci napisać kolejne rozdziały, w życiu bym ich nie napisała :D No i za nasze fangirlowanie i hejtowanie! 
Des dziękuję za popieprzone komentarze i rozmowy. Zawsze się śmieję jak głupia, kiedy je czytam. I pamiętaj o naszym Uniwersytecie i o tym, że ja nadal czekam na Levico! 
Ani K. dziękuję za łowy na żony Nico :D
No i Amandzie, oczywiście, za "super i kiedy nowy rozdział", za to, że zawsze ze mną była i... no, pomimo mojego charakteru nadal jest.
Na koniec jeszcze podziękowania, dla tych, którzy kiedyś się tu pojawiali: dla Tristezzy, Dory, Stacy, Merr, Ri-chan, Komety, Lili Potter, Rosmaneczki, martusi 714, Natalii F i wielu, wielu innych. Bez Was i Waszych komentarzy nie byłoby mnie tutaj.
Jedno, wielkie, ogromne: