piątek, 26 grudnia 2014

Rozdział I/Prolog/Nazwij to jak chcesz


No to ten... wróciłam, tak jakby. Oczywiście nie napisałam ani jednego rozdziału do przodu, a jeśli chodzi o to na dole - nie mam zielonego pojęcia, co to jest. Potraktujcie to jako prezent gwiazdkowy, okay? 
Naprawdę Was przepraszam, że tak długo to trwało i dostajecie marne 5 stron, ale... dopadła mnie choroba zwana życiem i ciężko mi znaleźć czas na cokolwiek poza szkołą i znajomymi (tak, Dianka powoli pozbywa się social anxiety! *oklaski*). 
Ekhm... enjoy xx

PS Za wszelkie usterki, brak logiki i inne małe awarie bardzo przepraszam, ta przerwa niezbyt dobrze zrobiła mojej wenie. W razie czego krzyczeć, a ja zaraz będę poprawiać.
___________________________

– Panno Baines, proszę przestać pukać w tę ławkę.
            Głos profesora Longbottoma przedarł się przez stan dziwnego otępienia, w którym znajdowałam się przed chwilą. Ostatnio dość często mi się to zdarzało – wydawało mi się, że znajduję się w innym, lepszym miejscu. Takim, do którego bardziej pasuję.
            Odetchnęłam głęboko, starając się zapomnieć o widoku pól truskawek skąpanych w słońcu, i odłożyłam małą łopatkę. Wymamrotałam przeprosiny, a Longbottom skinął głową i wrócił do wykładu na temat kłaposkrzeczek.
            Jedynie Albus Potter posłał mi pytające spojrzenie, które zignorowałam; reszta Ślizgonów patrzyła na mnie, jakbym była jakimś wybrykiem natury. Nie ma się co dziwić, w końcu nie pierwszy raz naraziłam nasz dom na utratę punktów. Chociaż w tym roku bardzo staram się nie podpadać nauczycielom – naprawdę chcemy odebrać Puchonom Puchar Domów, który trzymają u siebie już od trzech lat.
            Profesor Longbottom miał zadziwiającą zdolność opowiadania o najbardziej nudnych roślinach w taki sposób, że miało się wrażenie, jakby były najniebezpieczniejszymi stworzeniami na świecie. Niestety, czego by nie robił, ja i tak zawsze musiałam na chwilę odpłynąć. Właściwie nie było lekcji, na której skupiałabym się przez cały czas.
            Gdy Longbottom przypominał, jak nawozić kłaposkrzeczki, zabrzmiał dzwonek ogłaszający początek przerwy.
            – Na następnej lekcji dokończymy ten temat – oznajmił, przekrzykując harmider, który robili pakujący się uczniowie. Kolejną jego zaletą było to, że zadawał bardzo mało prac domowych. Niestety, jeśli już to robił, trzeba było poświęcić na nie dużo czasu. Z reguły składały się z przeczytania jakiejś lektury uzupełniającej, co dla mnie było męczarnią. Nie wiem, czy jestem aż tak straszna, ale kiedy próbuję czytać, literki zawsze ode mnie uciekają albo zamieniają się miejscami.

            Grudniowe powietrze nie jest zbyt przyjemne, kiedy wychodzi się z rozgrzanej cieplarni. Otuliłam się ciasno płaszczem i przyspieszyłam kroku, byle tylko dostać się do ciepłego zamku. Szłam szybko, o ile można tak nazwać przedzieranie się przez zaspy śniegu do kolan.
            Mimo że wyprzedziłam prawie wszystkich Ślizgonów, Albus Potter i tak mnie dogonił.
            – Audrey, jak się czujesz? – zapytał, chuchając w dłonie, przez co jego głos był trochę zniekształcony.
            – Al, przecież nie umieram. – Klepnęłam go w ramię. – To, że czasem się zamyślę, wcale nie znaczy, że coś jest ze mną nie tak, prawda? Spójrz na przykład na taką Weasley. – Kiwnęłam głową w stronę dziewczyny, która właśnie nas minęła. – Jest najnormalniejszą osobą na świecie, a wcale nie koncentruje się na historii magii.
            – Jasne, bo gdyby ktoś koncentrował się na historii magii, to by dopiero było dziwne. Dzięki, zawsze wiedziałem, że jest ze mną coś nie tak. – Zatarł zaróżowiałe od zimna ręce.
Uśmiechnęłam się, ale Potter tego nie zauważył. Obserwował jakąś dziewczynę o blond włosach, która stała w otoczeniu Gryfonów, ale sama miała szalik w barwach Ravenclawu. Była odwrócona tyłem, więc nie mogłam dostrzec twarzy, ale znając Ala, była to panna Bones, która podobała mu się od pierwszego roku. Oczywiście udawał, że wcale tak nie jest, a ja i Scorpius udawaliśmy, że mu wierzymy.
– Potter, tu jestem. – Machnęłam mu ręką przed oczami. – Dlaczego nie włożysz tych dłoni do kieszeni?
– Och, no tak – wymamrotał, zmieszany, i szybko zmienił temat. – Widziałaś rano Score’a?
– Przypominam ci, że to ty śpisz z nim w jednym dormitorium.
– A kto was tam wie… – Al obdarzył mnie spojrzeniem z serii „nie zaprzeczaj, to i tak nic nie da”. – Zresztą, wyszedł zanim ktokolwiek zdążył otworzyć oczy.
– Pewnie poszedł na boisko.
Zawsze tak było. Jeśli nie wiesz, gdzie znaleźć Scorpiusa Malfoya, najpierw sprawdzasz na boisku do quidditcha. Masz 99% szans, że tam właśnie będzie. A tym bardziej, jeśli zbliża mecz. I to nie byle jaki: od niego zależały dalsze losy drużyny Ślizgonów w rozgrywkach.
Pchnęłam ramieniem drzwi wejściowe.
W zamku nie było jeszcze bożonarodzeniowych dekoracji, więc poręcze były gołe, nigdzie nie stały choinki, a zbroje nie wyśpiewywały kolęd, jednak dało się wyczuć tę szczególną atmosferę. Do świąt zostały jeszcze dwa tygodnie, ale prawie wszyscy myśleli już o wspaniałym jedzeniu i nicnierobieniu.
Próbowaliśmy przecisnąć się do schodów, ale uniemożliwiał nam to duży tłum pierwszoklasistów, którzy chyba zgubili się w drodze na eliksiry. Z hałasu, jaki robili, można było wychwycić zdania typu „och, profesor  Iliakow znowu odejmie na punkty, pozostali Krukoni nas zabiją”.
Z kolei za sobą słyszałam przekleństwa starszych uczniów.
W takich warunkach nie dało się rozmawiać, skupialiśmy się na tym, żeby w miarę sprawnie omijać pierwszoklasistów i szybko dostać się na schody. Ponieważ starsi uczniowie nie mieścili się w sali wejściowej, drzwi były cały czas otwarte i zaczynało być tu tak zimno, jak na dworze. 
Mimo moich starań co chwilę ktoś mnie potrącał albo deptał. Kiedy cierpliwość mi się wyczerpała i miałam krzyknąć, żeby wreszcie przestali biegać jak stado nierozgarniętych hipogryfów, ktoś mnie wyprzedził.
– STOP! – wrzasnął Scorpius Malfoy, który właśnie pojawił się na szczycie schodów. Na jego piersi błyszczała odznaka prefekta, ale minę miał jakby był co najmniej dyrektorem Hogwartu.
– Niech wszyscy ustawią się w rzędzie pod ścianą – rozkazał, a gdy pierwszoroczniacy wykonali polecenie (oczywiście nie bez problemów. Każdy chciał jak najszybciej dostać się na wskazane miejsce, jakby Score mógłby zrobić im coś strasznego za niewykonanie polecenia), ukłonił się teatralnie.
– Przejście dla szanownej starszyzny – oznajmił, uśmiechają się szarmancko.
Dzieciaki znów zaczęły głośno gadać, ale przynajmniej nie zajmowały całego korytarza. Score powiedział jednemu z nich, jak dotrzeć do lochów.
–Witam szanowną pannę Baines oraz pana Pottera. Żywię nadzieję, iż spało się państwu wybornie – powiedział, kiedy wreszcie do niego doszliśmy. Zaczęłam nerwowo grzebać w torbie w poszukiwaniu planu lekcji. Cholerna kartka, zawsze się gdzieś zaplącze.
– Naturalnie, choć byłoby lepiej, gdyby pan, panie Malfoy, nie chrapał aż tak głośno – odparł Al.
–  Przestańcie się wydurniać i powiedzcie, gdzie mamy następną lekcję.
Jak zwykle zgubiłam plan; z wściekłości miałam ochotę coś rozwalić.
– Audrey, jest grudzień. Czy ty chociaż raz nie możesz nauczyć się planu na pamięć?
– A czy ty choć raz nie możesz mi normalnie odpowiedzieć na to pytanie?
Spiorunowałam Ala wzrokiem. Sęk w tym, że właśnie nie mogłam zapamiętać tych wszystkich numerów klas i kolejności zajęć. Zawsze mi się to mieszało, a im bardziej się starałam, tym było gorzej.
Score zmarszczył brwi.
– Transmutacja.

***

Wieczorem, kiedy wszyscy normalni ludzie dawno okupowali najlepsze sofy w pokojach wspólnych, nienormalni ludzie (czytaj: siódmo– i piątoklasiści) okupowali najlepsze stoły w bibliotece. Grudzień był tym miesiącem, w którym zorientowaliśmy się, że, o słodki Merlinie!, zostało nam niecałe sześć miesięcy do OWUTEMów i wypadałoby zacząć się uczyć. Niestety dotyczyło to wszystkich uczniów (oprócz Krukonów oczywiście; krążyły plotki, że oni już w wakacje organizowali spotkania i powtarzali materiał), zaczynało więc brakować książek w bibliotece.
Wpadłam do ciemnej sali, trzymając ostatni egzemplarz „Jak szybko przetransmutować człowieka w dowolne zwierzę”, który cudem zgarnęłam z półki – jakiś podejrzanie wyglądający Gryfon, którego nigdy wcześniej nie widziałam (cóż, z moim brakiem zdolności do zapamiętywania twarzy to nie była żadna niespodzianka), wyciągał już po nią rękę. Mam nadzieję, że nie dorwie mnie na jakimś pustym korytarzu, bo po spojrzeniu, jakim mnie obdarzył, miałam wrażenie, że chciał mnie zamordować na miejscu.
Oburzeni ludzie unieśli głowy znad książek i prawie jednocześnie pokazali palcami, że mam się uciszyć. Wzrokiem odszukałam moich towarzyszy życia, to znaczy Score’a i Albusa, którzy byli otoczeni wianuszkiem dziewczyn, mimo że siedzieli w najdalszym i najciemniejszym kącie. Cóż, bycie sławnymi synami sławnych czarodziejów (okej, może ojciec Scorpiusa nie był bardzo sławny, ale za czasów młodości na pewno bardzo przystojny) ma swoje wady.
– Moje drogie, to nie jest zoo, tylko biblioteka – oznajmiłam, naśladując głos pani Pince. – Kolegów będziecie podziwiać na przerwach.
Dziewczyny rozejrzały się, przerażone, a gdy dotarło do nich, że ja – Audrey Baines, zwykła Ślizgonka, bez sławnych rodziców, do tego nawet nie ładna – ośmieliłam się zwrócić im uwagę, zostałam po raz kolejny tego wieczoru zgnieciona oburzonymi spojrzeniami.
– Och, Merlinie, won mi stąd! – wskazałam prawą ręką bliżej nieokreślony kierunek. Ważne, że tym razem zrozumiały, o co mi chodzi i odeszły. – Naprawdę nie możecie się powstrzymać? – zwróciłam się do przyjaciół.
– Wybacz, że jesteśmy tak atrakcyjni. Wiem, że trudno to zrozumieć, ale…
– Scorpius, zamknij się – przerwał mu Al. Na szczęście, bo gdyby mówił dalej, z pewnością jego twarz nie byłaby już taka piękna, jak uważał. Score uśmiechnął się do mnie złośliwie, co było normalne w naszej relacji, więc uznałam, że mogę bezpiecznie usiąść naprzeciwko niego.
– Wiecie co, Iliakow mnie zabije – mruknął po dłuższej chwili ciszy. – A przecież w sobotę mecz quidditcha, powinienem ćwiczyć, ale oczywiście, lepiej siedzieć nad jakimiś durnymi eliksirami.
Naprawdę próbowałam się skupić, więc gestem pokazałam mu, żeby się nie odzywał. Wypuścił głośno powietrze, ale nic nie powiedział. Zaczął pisać coś wolno na pergaminie. Skrzypienie pióra nigdy nie było przyjemnym odgłosem, a teraz wydawało mi się, jakbym słyszała tylko to. Wszyscy nagle uparli się, żeby coś pisać, a mnie zaczynało przez to roznosić. Kiedy miałam wrażenie, że wybuchnę, w mojej ręce nagle pojawiły się dwa galeony. Nie mam pojęcia, skąd się wzięły, ale wolno włożyłam je do kieszeni, spoglądając, czy Al i Score niczego nie widzą. Napięcie raptownie zaczęło spadać, a pióra przestały tak głośno skrzypieć.
Tymczasem Scorpius znów zaczął marudzić.
– Przecież ja nie zdążę tego do jutra przeczytać, a co dopiero zapamiętać. – Spojrzał smutno na opasłą księgę, jakby chciał ją poprosić, żeby sama się przeczytała.
– Proponuję więcej czasu spędzać z dziewczynami – odparłam niewinnym tonem.
– To nie moja wina, że się do mnie kleją. I do Ala. Ty jesteś po prostu zazdrosna. – Wycelował we mnie palec w oskarżycielskim geście.
– Wybacz, ale nie chcę, żeby kleiła się do mnie jakakolwiek dziewczyna.
– Szkoda tylko, że chłopacy też tego nie robią.
Tym zdaniem Scorpius Malfoy naprawdę mnie zirytował. Gdyby Al nie interweniował, rzuciłabym w niego ciekawym urokiem i nie obchodziła mnie groźba jakiegoś tam szlabanu.
– Wiedzieliście, że każdy z założycieli miał swój miecz? – zapytał, prawdopodobnie chcą odwrócić naszą uwagę od kłótni. – Tak jak Gryffindor.
– Jeju, to naprawdę fascynujące, Al – odparł Score, udając, że naprawdę go to interesuje. Jednocześnie spojrzał na mnie znacząco. Albus nigdy nie zrozumiał, jak można nie lubić historii magii i często zarzucał nas jakimiś ciekawostkami zupełnie niezwiązanymi z tematem rozmowy.
– Wiem, inaczej bym tego nie mówił. –Potter był zupełnie nieświadomy tego, że Score znów zagłębił się w lekturze swojej książki. – Nikt nie wie, skąd się wzięły, a gobliny, które je wykonały, nie chciały przyznać, kto je o nie poprosił. To dziwne. – Podniósł wzrok znad księgi i dopiero wtedy zauważył moją nieco zdezorientowaną minę.
– Al, to naprawdę bardzo ciekawe – powiedziałam, uśmiechając się delikatnie – ale zrozum, że nas nie do końca interesują starożytne miecze i gobliny.
– Czasem moglibyście tego posłuchać, chociaż dla poszerzenia horyzontów! – oburzył się, zapominając o obowiązującej ciszy. Prawie natychmiast pojawiła się pani Pince, bibliotekarka, która przez swoją chudą sylwetkę i garbaty nos przypominała nieco sępa.
– Co to ma znaczyć?! – krzyknęła szeptem. Tak, lata pracy w bibliotece sprawiły, że potrafiła to robić. – Tu się czyta, nie rozmawia! Proszę natychmiast opuścić salę! – Zatrzasnęła mi ze złością książkę i, chwyciwszy oburącz, przycisnęła do piersi.
Chciałam coś powiedzieć, podobnie jak Scorpius, ale Albus uciszył nas spojrzeniem. Spakowaliśmy szybko torby i powlekliśmy się do wyjścia. Żadne z nas wolało nie myśleć o reprymendzie od nauczycieli za nieodrobioną pracę domową.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Liebster Award

Diance się nudzi, a prolog musi swoje odleżeć, a więc:
Des, bardzo cię kocham, to jasne jak włosy Scorpiusa :'). Mogę sobie odpuścić te wszystkie podziękowania i tak dalej, co nie?
*bezczelnie kopiuję* ''Nominacja do Libster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za ''dobrze wykonaną robotę''. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.''

Od razu powiem, że nie nominuję nikogo, bo a) nie chce mi się i b) w zasadzie to nie mam kogo.

Pytania:

1. Jaka jest Twoja ulubiona fikcyjna para i dlaczego?

You mean OTP? 

*wcale nie gapię się na to od pięciu minut*

Aktualnie najbardziej shipuję Destiela, wcześniej było Rose x 10th, jeszcze wcześniej Gwen x Peter, a tak ogólnie to Percico xD

2. Możesz wybrać sobie dwa fantastyczne stworzenia, jakie i dlaczego?

Na pewno hipogryf (halo halo, moja OC zapieprzała na hipogryfach) no i kotorożec XD

3. Skąd bierzesz pomysły/natchnienie?

Idk, same przychodzą, same odchodzą.

4. Jaka była Twoja ulubiona bajka Disney'a?

Piękna i Bestia forevah. Bajka z przesłaniem, to co Dianka lubi najbardziej.

5. Możesz wybrać sobie jeden świat ukazany w książce/serialu/anime/czy co tam jeszcze jest, w którym będziesz żyć. Co wybierasz?

Nie mogę się zdecydować, więc wybieram SuperPotterWhoLocka.

6. Co uważasz o osobach, które interesują się jakąś serią tylko dlatego, że jest popularna?

Sezonowcy to zło :') Znaczy no, niech sobie czytają co chcą, a jeżeli potem nadal będą wierni serii, to jest bardzo fajne. 

7. Właśnie w tej chwili rozpoczyna się zombie apokalipsa. Co robisz?

Dzwonię po Winchesterów, jedziemy Impalą na Baker Street 221B, a stamtąd ładujemy się do TARDIS i oczywiście powstrzymujemy tę apokalipsę. Nie z takimi zagrożeniami już sobie radziliśmy! 

8. Jaki jest Twój stosunek do osób o innej orientacji seksualnej?


Wiem, że bardzo popularny obrazek, ale najlepiej oddaje mój stosunek.

9. Co uważasz o ludziach, którzy nie czytają książek?

Nie tępię ich ani nic, ale uważam, że tracą naprawdę dużo. 

10. Czy czujesz z jakąś fikcyjną postacią szczególną więź? Jeżeli tak, to z jaką i czemu?

Of kors, że z Nico. *nie żeby był moim bratem, pff, skądże znowu* Dlaczego? Well, jesteśmy bardzo podobni z charakteru i mamy podobne problemy. Nie chcę się na ten temat rozpisywać, bo zaraz zacznę rozpaczać nad swoim marnym życiem :')

11. Na koniec coś łatwego: Jaki jest Twój ulubiony owoc?

Truskawki.

Update!

Dziękuję bardzo Zaczytanej za nominację :)

1. Czym się interesujesz?

Hm. Chyba jasne, że pisaniem. Oprócz tego czytam, jeżdżę konno i, jeśli to można zaliczyć do zainteresowań, to superwholockuję.

2. Jaki gatunek książek czytasz?

Generalnie fantasy, czasem kryminały (Sherlock i dzieła pani Christie), a z bardziej... normalnych książek, to wszystkie pana Zielonego.

3. Od jak dawna piszesz?

Well, jakoś w październiku mijają mi dwa lata.

4. Jesteś optymistą czy pesymistą? 

Staram się być optymistką, ale czasem nie wychodzi, zwłaszcza, że dzieci Hadesa mają skłonności do pesymizmu.

5. Czym twoim zdaniem jest życie? 

Trudne pytanie i chyba nie odpowiem.

6. Jaki obrazek przedstawia Twoje nastawienie do świata?

http://thomas-galvin.com/blog/wp-content/uploads/gif-party/sad/castiel.gif 
Nie do końca jest to moje nastawienie, ale tak wyglądam praktycznie przez cały czas w internetach xD

7. Twój ulubiony cytat?

"Just because they say those things, doesn't make them true."

8. Wolisz pisać na papierze czy na komputerze?

W sumie to mi to obojętne.

9. Wymień trzy wartości, jakimi kierujesz się w życiu.

Rodzina, przyjaźń i... wolność? 

10. Jak ci się podoba mój blog?

Idk, nie czytałam.

11. Skąd czerpiesz inspirację? 

Internety. 

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Wielki come back...

... a przynajmniej tak myślę.
Pewnie się tego nie spodziewaliście, ale zamierzam wrócić. Nie wiem jeszcze, kiedy dokładnie, aczkolwiek możecie się szykować psychicznie na pisanie długich komentarzy.
Będzie nowa fabuła, nowi bohaterowie, nowy szablon i w ogóle aż mi się w głowie kręci od tych nowości.
Tylko nie cieszcie się aż tak bardzo, tym razem nie będę taka głupia i chcę napisać parę rozdziałów do przodu, a z moim zapałem to będzie trudne.
Miłych wakacji i w ogóle wszystkiego, co najlepsze x

PS To wcale nie jest chamska reklama: http://disconsolate-generation.blogspot.com/ Rozdział będzie nie wiadomo kiedy (możliwe, że w piątek) pytajcie kochanej Kath.
PS2 Ktoś wie, gdzie mogę ściągnąć Supernatural za darmo i bez dziwnych weryfikacji? Błagam, proszę i żądam linki, bo nie wyrabiam w szkole.

sobota, 22 lutego 2014

Urodziny

Głupia Dianka myślała, że rocznica jest w marcu, a była 11 lutego ;___;  Chciałam zrobić niespodziankę i jak zwykle nic z tego nie wyszło, no trudno.
Tak, tak, już rok się ze mną męczycie. Chciałabym bardzo, bardzo, bardzo podziękować za ponad 20000 wyświetleń i 38 obserwatorów. I za to, że przeżyliście moje pierwsze rozdziały :D Uwielbiam Was! 
A teraz tak:
Lydii dziękuję za to, że była ze mną od początku, za miłe słowa, za nasze rozmowy i za to, że pomogłaś mi wybrać ulubioną potrawę Franka xD
Kath dziękuję za to, że została moim osobistym poganiaczem. Serio, bez świadomości, że wrzucisz mnie do Tartaru, a potem wyciągniesz, żebym mogła ci napisać kolejne rozdziały, w życiu bym ich nie napisała :D No i za nasze fangirlowanie i hejtowanie! 
Des dziękuję za popieprzone komentarze i rozmowy. Zawsze się śmieję jak głupia, kiedy je czytam. I pamiętaj o naszym Uniwersytecie i o tym, że ja nadal czekam na Levico! 
Ani K. dziękuję za łowy na żony Nico :D
No i Amandzie, oczywiście, za "super i kiedy nowy rozdział", za to, że zawsze ze mną była i... no, pomimo mojego charakteru nadal jest.
Na koniec jeszcze podziękowania, dla tych, którzy kiedyś się tu pojawiali: dla Tristezzy, Dory, Stacy, Merr, Ri-chan, Komety, Lili Potter, Rosmaneczki, martusi 714, Natalii F i wielu, wielu innych. Bez Was i Waszych komentarzy nie byłoby mnie tutaj.
Jedno, wielkie, ogromne:

piątek, 27 grudnia 2013

Bardzo Podziemna Wigilia

No więc pozbierałam wszystkie moje wspomnienia z naszej Podziemnej wigilii i wyszło takie coś. Pewnie pamiętałabym więcej, ale spotkania z rodzinką należą do tych zdecydowanie psujących psychikę. Macie sobie spóźniony prezent na święta :D
Indżojcie
_____________________

Nieważne, ile razy korzystałam z wejścia do Podziemia w Los Angeles, i tak zawsze dziwiłam się, jak śmiertelnicy mogą go nie zauważać. To takie... nienaturalne.

Okej, śmiertelników nie sposób ogarnąć.

Jeśli myśleliście, że normalnie Los Angeles wygląda jak jeden wielki neon, to najwyraźniej nie widzieliście tego miasta w święta. Wszystko było o wiele jaśniejsze niż zwykle, pełno było reniferów, Mikołajów, dzwonków i bałwanów, i tych innych pierdół, które, choć trochę kiczowate, miały swój urok i nadawały klimat.

Otworzyłam drzwi do eleganckiego studio filmowego. Wszystko lśniło tu od złota, a na ścianach migotały lampki. W tle leciały kolędy. Charon nie wyglądał na zbytnio zadowolonego ze stroju Mikołaja, w którym stał. Obok miał wielki, sztucznie wypchany worek. Ja, szczerze mówiąc, również wolałam go w garniturze.

Wydawało mi się, że znajdowało się tam więcej dusz niż zwykle i trudniej było się przepchnąć do Charona.

Otworzył przede mną przesuwane drzwi i dreptał za mną aż do łodzi. Wzrok przez chwilę przyzwyczajał się do półmroku, który tam panował, a po chwili mogłam ujrzeć wszystkie te kości w ścianach i wąską, kamienistą ścieżkę. Większość herosów pewnie nie ruszyłaby się z miejsca, zastanawiając się, co ich tu przywiało. Ale nie dzieci Hadesa (a trzeba nadmienić, że jest nas całkiem sporo). My mamy ochotę skakać z radości i biegać po całym Podziemiu z nadmiaru energii.

 Teoretycznie mogłabym wybrać podróż cieniem, ale:

zużyłabym dużo energii,

ominęłabym Charona,

nie przywitałabym się z Cerberkiem.

- Więcej was matka nie miała? - wymamrotał Charon, kiedy stanęliśmy na brzegu Styksu.

- Raczej ojciec. - Uśmiechnęłam się promiennie i usadowiłam w łodzi. Generalnie Charon nie był dobrym rozmówcą. On mówił mało, a jeśli już się odzywał, to marudził, że tata znów wydłużył mu godziny pracy albo narzekał na zbyt dużą ilość umarłych.

W połowie drogi zaczęłam wiercić się niespokojnie. Nieczęsto cała nasza rodzinka spotyka się w Podziemiu. Zwykle każde z nas robi co innego - niektórzy na powierzchnię wychodzą okazjonalnie, a z kolei ja z paroma osobami praktycznie cały czas jesteśmy na Ziemi. Trudno jest nas ogarnąć i zmusić do spotkania. A teraz... jest Wigilia, a co jak co, ale ją powinno spędzać się z rodziną.

Charon zatrzymał łódź i chyba chciał coś powiedzieć, ale usłyszałam szczekanie, więc zerwałam się z miejsca i pobiegłam do Cerberka. Na pewno prześcignęłabym wtedy nimfy z obozu.

Przeciskałam się przez tłum umarłych czekających na osąd, pomachałam do Minosa i innych członków rady (swoją drogą, mieli bardzo fajne, czerwone czapki), aż w końcu zdyszana stanęłam przed psem. Opuścił jeden łeb, pozostałymi wciąż czujnie obserwował dusze, które kuliły się pod jego spojrzeniem.

- Kto jest moim ulubionym pieskiem? Moją dzielną psiną? - zawołałam do niego i zaczęłam tarmosić wielki łeb. - Mój kochany Cerberek tak się stęsknił!

Zawył cicho i trącił mnie łapą. Rozejrzałam się wokoło i wypatrzyłam ogromną, czerwoną piłkę. Gdy wzięłam ją do ręki, Cerber zaczął tak energicznie machać ogonem, że powywracał niektóre nieuważne dusze. Rzuciłam piłką, a on natychmiast pobiegł za nią tak szybko jak umiał.

- Misiu, muszę iść - podrapałam go za uchem, gdy przybiegł z powrotem - ale wrócę, obiecuję.

Jego piski słyszałam przez całą drogę do pałacu taty.

W zasadzie nie ma co opisywać - było dużo złota i drogich kamieni, ognia i ciemnych zakamarków. Na ścianach sporadycznie pojawiały się pochodnie, ale ogólnie panował tu jeszcze większy mrok niż w całym Podziemiu. I chociaż było pięknie, to ciągle prosiłam tatę, by bardziej oświetlił swój pałac.

A potem nie widziałam już nic oprócz jasnorudych włosów.

- Lamusie, już myślałam, że nie przyjdziesz! - wykrzyknęła Lydia, która najwidoczniej czekała na mnie odkąd zaczęło pojawiać się nasze rodzeństwo

- Nie mogłam przepuścić tak wspaniałej okazji do wkurzania Persefony. Kath już jest?

Lydia pokręciła głową.

- Lepiej nie mów tak na nią, kiedy przyjdzie. Pewnie znowu coś zepsuła w obozie i Leo się na nią drze. Ale większość siedzi już na górze.

Weszłyśmy po długich schodach na piętro i aż zaparło mi dech z wrażenia. Że... że to był nasz pałac?

- Czy mamy jakiegoś nowego boga dekoracji i kto otrzymał jego błogosławieństwo?

Pałac taty, a właściwie ta wielka sala ilością ozdób dorównywała Los Angeles. Mnóstwo było pochodni ozdobionych ostrokrzewem, co groziłoby pożarem, gdyby nie magiczna osłona. Ubrane choinki stały pod wszystkimi ścianami. Aż dziw, że żyły w Podziemiu, ale to chyba jakaś magia Persefony. Nie miały nawet żadnych donic z wodą, były po prostu ustawione pionowo i podtrzymywane jakąś magiczną siłą. Pod sufitem ktoś zawiesił kolorowe łańcuchy, z których zwisała jemioła. No i oczywiście stół. Wielki, ciemny, z ogromną ilością zdobień, królował w tym pomieszczeniu. Wręcz uginał się pod ciężarem wszystkich potraw. Oprócz tradycyjnych dwunastu, było tyle innych ciast, muffinów, naleśników, gofrów, kiełbasek, hot dogów, hamburgerów, frytek, klusek, ziemniaków, ryb w przeróżnych sosach, a wszystko wyglądało tak pysznie, że miałam ochotę zjeść to teraz i nie czekać na innych. Na szczycie stołu siedział tata w swojej zwykłej postaci bez tych wszystkich płonących bajerów, a obok Persefona, jak zwykle naburmuszona.  Z kolei w rogu, tam gdzie nie było choinek, stały instrumenty i kilku umarłych muzyków, którzy je stroili.

- Hej, a ktoś w końcu powiedział Hazel, że to wszystko jest odwołane? - zapytałam Lydii konspiracyjnym szeptem. Hazel była po prostu hańbą dla naszej rodziny, nawet jeśli uratowała świat.

- Tak - odpowiedział mi zupełnie inny głos. To była Tonks albo inaczej Thalia. Oczywiście nie Grace, ona pewnie hasała gdzieś po łąkach razem z Łowczyniami. Nasza kolejna siostra, miła i posłuszna, i gdyby nie to, że jesteśmy rodziną, pewnie pełniłaby rolę chłopca, a raczej dziewczyny na posyłki. - Ale nadal nie rozumiem, dlaczego tak jej nie lubicie. - Uśmiechnęła się.

- Bo to przecież taka urocza osoba - mruknęłam bez przekonania i wzięłam je pod ramiona. - Czyli mówicie, że mamy wieczór wolny od jej ględzenia. Najbosko.

- Wszyscy są? - Thalia rozejrzała się, próbując stwierdzić, czy ktoś jeszcze jest nieobecny. - No, to chyba możemy zaczynać.

Chciałam zauważyć, że nie ma jednej bardzo ważnej osoby, ale...

- Na Hadesa - wydyszała Katherine, zatrzaskując za sobą drzwi. - Nico, mógłbyś ogarnąć te swoje żony.

Sala wypełniła się zbiorowym okrzykiem, czymś w stylu "Katherine, nareszcie!" i połowa rzuciła się na nią, zgniatając w uścisku (nie żeby coś, ale w tej części byłam również ja i Lydia - w końcu trzeba powitać drugą ulubioną siostrę). Druga połowa chyba stwierdziła, że zaczeka do składania życzeń.

- Stłoczyły się przed Charonem jak na jakimś strajku albo coś - oznajmiła Katherine, gdy wszyscy ją wyściskali i usiedli na miejscach. - Mają twoje zdjęcie na koszulkach z mnóstwem serduszek, zrobiły sobie nawet transparenty z napisem "NIE DLA PERCICO".

Nico przywalił sobie dłonią w czoło.

- Biedny Charon - mruknęłam. Wizja tych wszystkich fanek Nico przerażała mnie, a co dopiero jego.

- No, próbuje je jakoś powstrzymać przed wejściem na łódź i utorować drogę dla dusz.

Kiedy wyobraziłam sobie przewoźnika w stroju świętego Mikołaja usiłującego odgonić te dziewczyny swoim workiem pełnym sztucznych prezentów, parsknęłam śmiechem. Inni chyba wyobrazili sobie coś podobnego, bo cała sala wypełniła się rechotem.

- No, to teraz już naprawdę zaczynajmy - odezwała się Tonks. Do taty natychmiast ustawiła się ogromna kolejka, jakby nie istniało nic poza nim. Okej, ja też chciałam złożyć mu życzenia, ale... nie był tam najważniejszy. Zresztą niby co miałam mu powiedzieć? Życzyć zdrowia i szczęścia? To miał zapewnione. Tak więc tatę zostawiłam sobie na koniec i podbiegłam do Katherine.

- Siostrzyczko ty moja! - Przytuliłam ją mocno. - Spełnienia marzeń, żeby nie atakowało cię aż tak dużo potworów, żebyś wreszcie pojechała na koncert 30 Seconds To Mars, no i... wiesz, kogo. - Zarumieniła się delikatnie; normalnie byłoby to niedostrzegalne w Podziemiu, ale w tych warunkach dało się zauważyć niemal wszystko. Katherine życzyła mi więcej jedzenia i zmieniła moje niezręczne "wiesz, kogo" na "żebyś wreszcie w kimś się zakochała". Miałam ochotę ją trzepnąć za to ostatnie. To przecież nie moja wina, że większość chłopaków, których znam to idioci! Dobra, może poza Nico, Percym i Leo, ale oni stanowczo odpadają.

Następnie trafiłam na Maggie, która jak zwykle trzymała coś w rękach - tym razem był to najzwyklejszy w świecie Mikołaj z czekolady, zjedzony do połowy.

Nogi mnie już bolały od chodzenia po całym pałacu w poszukiwaniu rodzeństwa. Kiedy wreszcie szłam w kierunku taty, zrobiło się zupełnie ciemno.

- Na najmroczniejsze otchłanie Tartaru, co to ma być?! - wykrzyknął tata.

Wszystkie migające lampki zgasły, nawet pochodnie przestały świecić.

- Że co się niby stało? - jęknął Chris.

- Zeus znów odciął prąd - odparł tata. Miałam wrażenie, jakby chciał pójść na Olimp i zrobić rozpierdziel. - Persefono, przynieś świeczki - polecił, a ona, gdy już odchodziła, zaczęła go przedrzeźniać. Dobrze, że nie zauważył.

- Przecież pochodnie możemy zapalić - zauważyłam.

- One też były na prąd - oznajmił ojciec, po czym dodał, czując nasze spojrzenia - no wiesz, inaczej wszystko by się tu spaliło.

Kiedy Persefona wreszcie przyniosła świeczki i rozstawiła je w całym pomieszczeniu, wreszcie wszyscy mogli usiąść i jeść - ci, którzy wcześniej nie zdążyli złożyć komuś życzeń, robili to po ciemku. Umarła kapela znów zaczęła coś cicho grać. Miały to chyba być kolędy, ale kłóciłabym się.

Przez chwilę nikt nic nie mówił i zdążyłam zorientować się w najbliższym towarzystwie: obok mnie siedział Nico, a ze trzy miejsca na lewo Katherine, więc w razie czego mogłyśmy do siebie krzyczeć. Lydia usadowiła się po prawej stronie taty. Przysługiwało jej to miejsce, ponieważ była najstarsza z nas wszystkich, chociaż ja chyba wolałabym nie siedzieć tak blisko Persefony, która zawsze rzucała nam podejrzliwe spojrzenia. Było nas dużo i nie wszyscy urodzili się przed przysięgą, co trochę mnie wkurzało, bo zachowywali się, jakby pozjadali wszystkie rozumy, a tak naprawdę to nasza czwórka była najbardziej doświadczona.

Potem salę wypełnił szczęk sztućców i szmer rozmów, który powoli przeradzał się w ryk. W pewnym momencie, kiedy wszyscy już się napchali (potem odkryłam, że nie tylko ja czułam się jak kulka, która ledwo się toczyła), tata wstał z miejsca, czym zwrócił na siebie uwagę.

- Wigilia bez prezentów to nie Wigilia, i choć normalnie was nie rozpieszczam - tu kilka osób zrobiło znaczące miny i pokiwało głowami - dziś każdy z was dostanie coś ode mnie.

Klasnął, a do sali wszedł nie kto inny jak Charon z workiem na plecach. Czyli jednak nie był sztucznie wypchany.

Wyczytywał nas według jakiejś listy, na pewno nie ułożonej alfabetycznie. Kiedy wreszcie dostałam swoją paczkę, nie miałam pojęcia, co to może być. Było za chude na książkę lub płytę. Ogólnie to wyglądało jak kartka papieru. Rozerwałam papier i moim oczom ukazała się najpiękniejsza rzecz w życiu: bilet na koncert Macklemore'a w przyszłym roku. Chciałam zacząć piszczeć, ale nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Katherine pomachała mi przed oczami, ale ja tylko wpatrywałam się w magiczne "meet&greet" na bilecie.

- Diana się chyba zapowietrzyła - stwierdził z uśmiechem Nico, patrząc na mój prezent. Sam głaskał szarego kota, który mruczał zadowolony. Lydia chciała coś powiedzieć, ale wszystko zagłuszyło Last Christmas. Serio? Taka piosenka w Podziemiu i to jeszcze tak głośno? Spojrzałam na zespół pod ścianą, ale oni tylko bezradnie kręcili głowami. Tata wyszedł szybko, był wyraźnie wkurzony. Wrócił dopiero, kiedy znów zapadła względna cisza.

- Dusze w Elizjum pozwalają sobie na zbyt wiele - westchnął, od niechcenia strzepując ostatnie płomyki ognia z rękawa koszuli. - Będę musiał coś z tym zrobić.

 

 

Powoli kierowałam się do mojego pokoju, żeby wreszcie się położyć i pozwolić tym wszystkim kaloriom powiększyć mój tyłek, kiedy ogromne drzwi otworzyły się po raz kolejny i do pomieszczenia wpadł zapach zboża.

Jęknęłam w myślach i patrząc po minach innych, zrobili dokładnie to samo. W drzwiach stała bowiem Demeter z koszem pełnym... czegoś, ale z pewnością nie było to dobre.

- Kochani, wreszcie tu dotarłam! Przepraszam, ale na Olimpie naprawdę dużo się dzieje. Ares znów kłóci się z Ateną...

- Z pewnością to interesujące - przerwał jej brutalnie Hades - ale po co tu przyszłaś? - spytał bez ogródek. Demeter zrobiła oburzoną minę i postąpiła kilka kroków do przodu.

- No jak to? Trzeba dać młodym zdrowe jedzenie! Otręby doskonale pomagają na trawienie, a w tej niezwykłej mieszance z... - dalej gadała coś o owsiankach wzbogaconych o tłuszcze roślinne nowej generacji (nie wiem, czy to znowu takie zdrowe), w każdym razie po piętnastu minutach doszła do sedna sprawy - więc każde z was, moje misie pysie - tu miałam ochotę jej przywalić - dostanie ode mnie po pysznej owsiance wzbogaconej o dodatkowe składniki! - zakończyła swoją przemowę, a moje pragnienie uderzenia jej wzrosło parokrotnie. Gdyby to nie była bogini, rzucilibyśmy się do ucieczki. Ale ona i tak by nas złapała, więc posłusznie ustawiliśmy się w kolejce po owsiankę.

Nie miałam siły zjeść nic więcej, ale Demeter uparła się, byśmy usiedli jak porządni ludzie i chociaż spróbowali. Gdyby nie była boginią, zginęłaby przez nasze mordercze spojrzenia.

poniedziałek, 1 lipca 2013

One-shot #2

Miniaturka z rodzaju tych "ooo, mam zły humor i wenę, może coś napiszę?", więc może być trochę przygnębiająca. Nie wiem, czy ktoś z Was czytał Gone; jeśli nie, to trudno będzie zrozumieć, o co chodzi. Ale wstawiam, bo może się komuś spodoba :p
ZAWIERA SPOJLERY DO "ŚWIATŁA"!
__________________________



ETAP się skończył. Nie ma już dla kogo żyć.
Diana Ladris jadła, chodziła, mówiła, spała, oddychała, a przede wszystkim żyła z pozoru normalnie. Jak przeciętny dzieciak, który miał niezwykłe szczęście i przeżył ETAP. Była nawet tak samo sarkastyczna jak zawsze. Udało jej się odzyskać formę. Często ćwiczyła na Astrid i Samie, choć na nim trochę rzadziej. Nadal nie lubiła Astrid, ale odkąd mieszkali razem, przyzwyczaiła się do niej, i kiedy jej nie dokuczała, po prostu traktowała ją jak powietrze. Diana ogólnie dużo rzeczy traktowała jak powietrze. Nawet reporterów, którzy chodzili za nią z kąta w kąt, chcąc dowiedzieć się czegoś o jej życiu w ETAP-ie. Po tym, jak Genialna Astrid wyprodukowała ten swój durny film, było ich coraz więcej; ludzie pokazywali ją sobie palcami na ulicy, a najgorsze było to, że aktorka, która wcieliła się w jej rolę wcale nie była tak ładna jak Diana. W ogóle cały ten film to jakaś porażka. Jakby nie mieli dość tych wszystkich okropności. Ale nie, przecież Astrid jak zwykle musiała udowodnić wszystkim, że nie mają racji i zielonego pojęcia o tym, co ludzie w ETAP-ie przeszli.
Filmowy Caine również nie przypominał prawdziwego, a scena walki z Gaią była według Diany tak sztuczna jak Nicki Minaj. Nic nie było w stanie oddać tego, co czuli w ETAP-ie i po wyjściu z niego. Diana pamiętała, jak poszli na lody. Wszyscy ryczeli, a ona pozwoliła sobie na chwilę słabości i uroniła dwie łzy.
Jedną dla Caine'a, drugą dla Gai.
Diana nie potrafiła otrząsnąć się po tej katastrofie. Jednego dnia straciła dwie osoby, które... które kochała. Bez względu na wszystko Gaia była jej córką i Diana wierzyła, że gdzieś była jej dusza, że gaiaphage do końca jej nie stłamsił.
Ale teraz to już nie miało żadnego znaczenia.
Sam próbował ją jakoś rozweselić. I Astrid, i Edilio, i nawet Albert, który zrobił karierę jeszcze większą niż sobie wyobrażał.
- Nie bądź taka, przecież kiedyś ten ETAP w twoim życiu musiał się skończyć - mówili. Diana nie potrafiła zrozumieć, jak mogli tak żartować z tego piekła, które przeżyli.
- ETAP twojej ładnej buźki też się zaraz skończy - odpowiadała zwykle. Czasem, kiedy jej się nudziło, wymyślała nowe sarkastyczne odpowiedzi, ale rezultat zawsze był ten sam: odchodzili. Odchodzili jak Caine i Gaia.
I znowu była sama.
Diana w pewnym sensie czuła się winna temu wszystkiemu. Gdyby się nie urodziła, nie powiedziałaby matce o zdradzie, gdyby tego nie zrobiła, nie wysłaliby jej do Coates, gdyby jej tam nie było, nie poznałaby Caine'a. Gdyby go nie poznała, on by się w niej nie zakochał, nie przespałby się z nią, a ona nie urodziłaby dziecka, które by go nie zabiło. To wszystko nie wydarzyłoby się, gdyby tylko nie przyszła na świat.
Sam i Astrid zmuszali ją, by chodziła z nimi na te wszystkie uroczyste kolacyjki ze sponsorami i celebrytami. Na każdej z nich padało to samo pytanie kierowane do Sama:
- Czy czujesz się winny temu, że niektórzy przez ciebie cierpieli?
Sam opowiadał wtedy o swoich wielkich wyrzutach sumienia.
- Serio, Sammy? A czy ty urodziłeś kiedyś potwora? - wymsknęło jej się na którejś kolacji. Ściągnęła na siebie mnóstwo nieprzychylnych spojrzeń, więc wstała, uniosła dumnie podbródek i powiedziała:
- Nie? No widzisz, miałeś szczęście.
I uciekła. Tam, gdzie nikt nigdy jej nie znalazł - do pewnego rodzaju groty wykutej w skale. Schodziło się tam po stromym klifie i Diana nieraz poślizgnęła się na kamieniu. Nie próbowała się jakoś specjalnie ratować. Spadnie czy nie, nikomu nie zrobi to większej różnicy.
Kiedyś nie dopuszczała do siebie myśli, że będzie siedzieć w skale ani nawet że przed czymś ucieknie. Problemom zawsze wychodziła naprzeciw, a kamienie były po prostu niewygodne.
Nawet psycholog, do którego regularnie chodziła, nie potrafił jej pomóc. Alice, bo tak się nazywała, dzielnie znosiła jej komentarze, ale miała kilka wad: nigdy nie była w ETAP-ie, nie jadła nawet człowieka. Dianie wydawało się to śmieszne, że ktoś, kto nie ma pojęcia o jej życiu, chce je naprawiać.

Tamtej nocy siedziała jednak na tarasie. Zamyślona, wpatrywała się w niebo, rozświetlone głównie latarniami, billboardami i wieżowcami Los Angeles. Na stoliku obok leżał list od Caine'a, długopis, szklanka wody i tabletki nasenne.
Diana przez chwilę zastanawiała się, co zrobią Astrid i Sam, kiedy ją znajdą.
Spojrzała na list. Często to robiła, nosiła go zawsze ze sobą. Kocham cię, napisał.
Tak, Caine, ja też cię kocham. Cholernie.
Wzięła do ręki długopis i drżącymi rękami dopisała:
Sammy,
nie myśl, że odchodzę na zawsze. Kiedyś przyjdę do waszej sypialni i nastraszę Astrid tak, że krzyczeć to ona będzie, ale nie dzięki tobie.
Wzięła kamień z ziemi i przycisnęła kartkę do szklanego blatu.
Ktoś coś gotował. Może to Sam podjadał w kuchni, a może w pobliskim hotelu przygotowywano śniadanie, nieważne. Dla Diany ów hotel aż nadto przypominał Clifftop, a zapach swąd palonego ciała i jego smak. Smak Pandy prześladował ją, ilekroć zbliżała się do jedzenia. A potem widziała, jak Gaia odrywa ramię Alexa i jak krzyczy.
Caine poświęcił się, by odejść w wielkim stylu. Przez ten wielki czyn chciał zmazać swoje grzechy. Czym będzie więc jej śmierć wobec czegoś takiego? Głupią ucieczką. Ale nie miała już siły ani ochoty na dalszą wędrówkę. Nie mogła dłużej udawać, że nic ją nie obchodzi i ETAP nie uszkodził jej psychiki aż tak bardzo. Nie potrafiła już ukrywać się za sarkazmem i ironią, podczas gdy rozsadzało ją od środka.
Diana jak w transie sięgnęła po tabletki. Ułożyła je wszystkie na dłoni. Nie wiedziała, ile musi wziąć, odliczyła więc dziesięć i sięgnęła po wodę.
- Idę do ciebie, Caine - wymruczała, po czym połknęła tabletki.
ETAP się skończył. Nie ma już dla kogo żyć.