sobota, 10 stycznia 2015

Rozdział II

Nigdy nie potrzebowałam dużo snu, cztery godziny w zupełności wystarczały. Nawet jeśli budziłam się co chwilę przez dziwne sny, co po siedemnastu latach życia na tej planecie było dla mnie tak normalne, jak dla innych jedzenie bekonu. Chociaż w zasadzie były to bardziej wizje, przestałam tak bardzo się nimi przejmować. Parę lat temu budziłam się z krzykiem po każdej z nich, choć muszę przyznać, że wtedy były naprawdę okropne. Na przykład taki olbrzym z baranimi rogami, który dyskutował o sposobie zniszczenia jakiegoś obozu, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. W dodatku miejsce, w którym się znajdował, też nie należało do przyjemnych. Chociaż było ciepło, to nie wybrałabym się tam z rodzinką na wesołe wakacje. Pewnie przez walające się kamienie, dziwne ryki wydobywające się z głębi tajemniczych grot, których tam było pełno, no i ten wszechobecny zapach. Nie potrafiłam go określić ani do niczego porównać, ale uwierzcie: był okropny.
Ostatnimi czasy wizje jakby się uspokoiły. Oczywiście nadal powtarzały się co noc, ale były jakby cichsze i mniej wyraźne. Jakaś cząstka mnie niepokoiła się tym, ale bardzo starałam się ją ignorować.
W sobotę, mimo braku lekcji, wstałam jak zwykle o szóstej. W dormitorium było jeszcze ciemno, a ciszę przerywały tylko ciężkie oddechy moich współlokatorek. Postanowiłam nie budzić ich jeszcze przez co najmniej dwie godziny; wbrew pozorom nie jestem taka złośliwa i rozumiem potrzeby innych ludzi.
Jedną z wielu zalet wczesnego wstawania jest brak kolejki do łazienki. W dodatku mogę spędzić w niej co najmniej pół godziny i nikt nie będzie mnie poganiać. Cicho wygrzebałam z kufra gruby, puchaty sweter w barwach Slytherinu oraz czarne spodnie i prawie bezszelestnie podreptałam do łazienki.
Wyszłam dokładnie czterdzieści minut później, cała i zdrowa, co już nie było takie zwykłe. Kiedyś przewróciłam się, bo zauważyłam (okej, wydawało mi się, że zauważyłam – taka jest oficjalna wersja) w lustrze jakiegoś dziwnego chłopaka i pobiegłam po różdżkę, która leżała spokojnie na parapecie po drugiej stronie łazienki. Do dziś nie wiem, kim był ten człowiek. Nie wyglądał na ucznia Hogwartu ani w ogóle na czarodzieja, ale podświadomość podpowiadała mi, że powinnam go znać.
W drodze powrotnej do łóżka związałam mokre włosy w koński ogon. Może i dłużej schły, ale przynajmniej nie wpadały do oczu. Zresztą, w razie czego zawsze jest Claire Rookwood i jej zaklęcie suszące, które opanowała do perfekcji. Gdybym miała tak długie i gęste włosy jak ona, też bym pewnie się go nauczyła, ale nie było mi aż tak bardzo potrzebne.
Zamiast pościelić łóżko jak przykładne dziewczę, rzuciłam na nie pióro, atrament, pergamin i podręcznik do zaklęć. Praca domowa dla Lupina sama się nie zrobi, a ja i tak miałam dużo czasu do śniadania.

Byłam tak skupiona na składaniu literek do kupy, że nie zauważyłam, jak pozostałe dziewczyny powoli się budzą. Claire pomachała mi, drugą ręką przecierając zaspane oczy. Uśmiechnęłam się, a po chwili wewnętrznej walki ze sobą, zrezygnowałam z odrabiania pracy domowej. W hałasie, który zaraz zrobią, i tak nie będę mogła się skupić.
Nie wiedziałam, czy Al i Scorpius już wstali. Nie było ich w pokoju wspólnym, a nie uśmiechało mi się wchodzenie do sypialni. Byłam tam raz, dwa lata temu, i ta wizyta wystarczy mi na całe życie. Gdy tam weszłam, wydawało mi się, jakbym zanurzyła się w morzu papierów, opakowań po przeróżnych słodyczach i ubrań. Skrzaty domowe pewnie dawno przestały przejmować się tym miejscem i szczerze mówiąc, wcale im się nie dziwię.
Jednak w Wielkiej Sali również ich nie było. Cała drużyna, skupiona w jednym końcu stołu wokół kapitana, Asy Rowle'a. Przysiadłam się do nich, a widząc zmartwione twarze, uśmiechnęłam się pokrzepiająco. Nasz dom był ich jedynym wsparciem i oczywiście wszyscy Ślizgoni im kibicowali. Niestety nie zawsze mogliśmy dużo zrobić. Nienawiść, z jaką spotykali się członkowie drużyny często była silniejsza od nas. Już od tygodnia zawodnikom przydarzały się dziwne wypadki i dam różdżkę, że Gryfoni maczali w tym palce, choć w tym sezonie nie graliśmy jeszcze przeciwko nim. Gdyby nie silna wola, umiejętność samoobrony i fakt, że z reguły niewiele obchodzi nas zdanie innych, drużyna pewnie dawno przestałaby istnieć, a gracze skończyliby w szpitalu świętego Munga. Mimo to czasem przydawało się pokazać im, jak bardzo zależy nam na wygranej i że wiele dla nas znaczą. Nawet jeśli nie było się najlepszym motywatorem, tak jak ja.
– Musicie coś zjeść, nie chcemy, żebyście pospadali z mioteł. – Nałożyłam Nate'owi Zabiniemu łyżkę jajecznicy. Spojrzał na mnie, jakby miał ochotę wetknąć mi tę jajecznicę w różne ciekawe miejsca.
– Wolałbym spaść niż grać bez szukającego – odparł, a zanim zdążyłam mu przypomnieć, że jest Ślizgonem, do cholery, a my nie poddajemy się tak łatwo, otworzyły się ogromne drzwi i do Wielkiej Sali wpadł zdyszany Scorpius, a za nim Al.
– Na gacie Merlina, Malfoy, gdzieś ty się podziewał?! – krzyknął Asa, zwracając na nas uwagę wszystkich Ślizgonów i co najmniej połowy czarodziejów z innych domów. Nikogo to nie zdziwiło, na pewno byli zainteresowani rozpadem naszej drużyny. Podniecenie, zawsze wyczuwalne przed meczem, osiągnęło poziom krytyczny. Miałam wrażenie, że powietrze zaraz wybuchnie.
Scorpius podbiegł do stołu i opadł na miejsce obok mnie. Dyszał ciężko i minęło parę sekund, zanim odpowiedział.
– Zaspaliś… – Al rzucił mu dziwne spojrzenie – zaspałem – poprawił się o wiele bardziej zdecydowanym głosem. Przyjrzałam mu się dokładnie. W niczym nie przypominał Scorpiusa Malfoya, którym zachwycały się wszystkie dziewczyny, za to wyglądał, jakby nie spał pół nocy. Włosy, w totalnym nieładzie, sterczały we wszystkie strony. Krawat zarzucił jedynie na szyję, nie przejmując się wiązaniem, podobnie ze sznurówkami. Że też się nie wywrócił w czasie tego szaleńczego biegu po schodach. Był natomiast w wyśmienitym nastroju, jakby za pół godziny wcale nie grał meczu, od którego zależało wszystko. Nie miałam pojęcia, co go tak ucieszyło, ale nie chciałam narzekać, w końcu dobry humor to połowa wygranej.
Albus nalał mu kawy, a na talerz nałożył dwa tosty z serem. W tym czasie Scorpius zdołał zawiązać sobie buty i przygładzić włosy. Daleko mu było do zwykłego wyglądu, ale przynajmniej przypominał człowieka.
– To jaką mamy taktykę? – zwrócił się do Asy między kolejnymi kęsami.
– Malfoy, jeśli jeszcze raz tak bardzo się spóźnisz, gwarantuję ci, że nie zagrasz w żadnym meczu. Przypominałem ci o tym spotkaniu od tygodnia, ale ty oczywiście musiałeś sobie pospać! – W miarę mówienia, głos kapitana robił się coraz wyższy, aż w końcu przypominał pisk młodej mandragory. W zasadzie Asa był tak blady i zmęczony, jakby przed chwilą zemdlał z powodu spotkania tej przemiłej rośliny.
– Więc zamiast mnie wystawisz Coleman, tak? Tylko ona zgłosiła się na szukającego, a wiesz przecież, że nadaje się do tego jak Weasleyowie do używania różdżek.
Zaskoczyło mnie to, co powiedział. Oczywiście jego rodzina nadal miała fioła na punkcie czystości krwi, a Score często wygłaszał swoje (albo bardziej swoich rodziców) radykalne poglądy w najmniej odpowiednich momentach, ale nigdy nie myślałam, że posunie się do czegoś takiego.
Nie tylko ja byłam zszokowana. Albus wyglądał, jakby ktoś przywalił mu w twarz. Score, jeśli wiedział, że Potter jest blisko, powstrzymywał się przed wygłaszaniem takich opinii. Całe szczęście, że powiedział to w miarę cicho, bo mielibyśmy na głowie nauczycieli i innych uczniów, prawdopodobnie próbujących wydrapać nam oczy albo, co gorsza, połamać różdżki.
Jacqueline Nott, ścigająca, wstała i uderzyła ręką w stół.
– Powiem to tylko raz, Rowle, i masz coś z tym zrobić. Nie będę grała z tym rasistą w jednej drużynie. – Wskazała palcem na Scorpiusa. – To właśnie przez niego ludzie myślą, że jesteśmy nadętymi dupkami, a doskonale wiesz, że tak nie jest!
Miałam ochotę ją uścisnąć albo co najmniej przybić piątkę. Lubiłam Score'a, oczywiście, jednak nie mogłam wytrzymać, kiedy ktoś umniejszał godność innych ludzi tylko przez nazwisko bądź status krwi. Często miałam dość tej całej ideologii, choć oczywiście według uczniów z innych domów, skoro jestem Ślizgonką, powinnam ślepo wierzyć w to, w co wieki temu wierzył Slytherin.
Tymczasem Jacqueline kontynuowała swoją tyradę:
– Nie mam zamiaru być wytykana palcami na korytarzach tylko dlatego że…
– Uspokój się – Asa odezwał się cicho, udając, że panuje nad sobą. – Za pół godziny gramy jeden z najważniejszych meczy w naszym życiu, więc skupmy się na cholernej taktyce i pracy zespołowej, i nie obchodzą mnie – podniósł głos, widząc, że Jacqueline otwiera usta, by zaprotestować – wasze poglądy i uprzedzenia. Weźcie się w garść, jasne? A z tobą, Malfoy – dodał ciszej – porozmawiam po meczu.
Albus nie odzywał się przez cały czas. Milczał w drodze na boisko i kiedy zaczynał się mecz. Wolałam sobie nie wyobrażać, jak się czuje w tej sytuacji. Pamiętam, jak w pierwszy dzień szkoły był wytykany palcami i wyśmiewany tylko dlatego, że nazywał się Potter i trafił do Slytherinu. Wtedy Score oznajmił wszystkim, że Al jest jego najlepszym przyjacielem, co oczywiście natychmiast pomogło. Mówił, że nie obchodzi go rodzina Ala i inni też nie powinni się nią interesować. 
Nie za bardzo wiedziałam, co powiedzieć, ale musiałam to zrobić, mimo że warunki niespecjalnie nadawały się do głębokiej rozmowy o uczuciach.
– Al, rozumiem cię, to naprawdę nie…
Przyłożył palec do ust.
– Wiem. Nieważne. Skup się na meczu.
Nie chciałam naciskać. Jeśli nie miał ochoty o tym rozmawiać, nie mogłam go do tego zmuszać.
Spojrzałam na boisko akurat wtedy, kiedy Jacqueline przerzuciła kafel przez obręcz.
– DZIESIĘĆ PUNKTÓW DLA SLYTHERINU! – głos Jaya Farwella przedarł się przez wrzawę kibiców. Zawsze zastanawiało mnie, jakim cudem tak mała liczba ludzi mogła zrobić taki hałas. 
Jacqueline nie miała czasu na triumfalną pętlę wokół słupków. Razem z Asą i Nate'em Zabinim okrążyli Lacey Northern, Krukonkę, która właśnie mknęła ku naszym obręczom. Zabini wyprzedził ją i gwałtownie skręcił w jej stronę, zmuszając, by zahamowała. Był to ryzykowny manewr, Northern mogła nie mieć aż tak szybkiego refleksu, by zdążyć się zatrzymać. Jednak ona była cholerną Krukonką i po prostu zanurkowała, wymijając Nate'a dołem. Została nagrodzona wiwatami, jednak kibice nie cieszyli się długo. 
– Rowle i Nott nie dają za wygraną... Northern podaje kafla do Starnes... Starnes unika tłuczka, kafel trafia do Zabiniego... DWADZIEŚCIA DO ZERA DLA SLYTHERINU! – krzyknął Farwell, a jego dalsze słowa zostały zagłuszone przez oklaski Ślizgonów. 
Szukałam wzrokiem Scorpiusa, który zwykle bardziej angażował się w grę. Jednak tym razem krążył wysoko nad głowami pozostałych zawodników, a Andrew Corden, szukający Krukonów, trzymał się blisko niego, jakby bał się, że go zgubi. Zapewne tak było, bowiem Krukoni nie słynęli z dobrych szukających. Corden mógł jedynie mieć nadzieję, że wyprzedzi Scorpiusa, gdy ten wypatrzy znicza. 
Usłyszałam, jak Jay Farwell krzyczy, że Krukoni zdobyli punkty, a przez trybuny Ślizgonów przeszedł jęk zawodu. Odwróciłam się do Ala, by zapytać o aktualną sytuację, i wtedy go zobaczyłam.
Chłopak z łazienki, jak nazywałam go w myślach, stał obok Albusa jak gdyby nigdy nic i bezczelnie wpatrywał się we mnie. Skórzana, niezapięta kurtka łopotała na wietrze, podobnie jak przydługawe, czarne włosy. Jego ubranie było zupełnie nieprzystosowane do pory roku: pod kurtką miał jedynie czarny podkoszulek, a spodnie tego samego koloru wydawały się być z bardzo cienkiego materiału. Jednak nie wyglądał na kogoś, kto zamarza. Dodatkowo miałam dziwne wrażenie, jakbym tylko ja go widziała. 
– Witaj, Audrey. – Jego głos był głęboki, zupełnie nie pasował do drobnej sylwetki. Nie krzyczał, a mimo hałasu słyszałam go bardzo wyraźnie. Otworzyłam usta ze zdumienia. Nie mogłam pozbyć się uczucia, że powinnam wiedzieć, kim ten człowiek jest. Powinnam też odezwać się do niego, ale po pierwsze nadal byłam w lekkim szoku, a po drugie, jeśli faktycznie tylko ja go widziałam, nie chciałam, żeby inni uznali mnie za wariatkę. W końcu nawet w świecie czarodziejów rozmawianie ze zjawami, które pojawiają się raz na jakiś czas w najmniej odpowiednich momentach, jest uznawane za troszkę odbiegające od normy. 
W tym momencie Albus odwrócił się do mnie i ten moment wystarczył, żeby mój tajemniczy prześladowca zniknął. Dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Można by powiedzieć, że się deportował, ale zniknięciu nie towarzyszyło charakterystyczne trzaśnięcie.
– Zamknij usta, bo się przeziębisz. – Al uśmiechnął się lekko. – Stało się coś?
Pokręciłam głową; chciałam mu powiedzieć, żeby przestał się tak o mnie martwić. W ciągu trzech dni zapytał osiem razy, czy wszystko w porządku. Można dostać szału. 
Kiedy ponownie skupiłam się na grze, Zabini dostał tłuczkiem w brzuch i zleciał z miotły. Oburzony tłum buczał, a pani Hooch przyznała Ślizgonom rzut wolny. Tym sposobem zyskaliśmy przewagę pięćdziesięciu punktów i straciliśmy jednego z lepszych zawodników. A mówią, że tylko Ślizgoni grają nieczysto.
Gra stawała się coraz bardziej brutalna, a podniecenie meczem rosło z każdym podaniem kafla. Tymczasem Malfoy nadal latał spokojnie nad głowami pozostałych zawodników, czego Farwell nie omieszkał skomentować mówiąc, że szukający Ślizgonów zachowuje się jak wyjątkowo leniwy gumochłon. Profesor McGonagall krzyknęła, że jeżeli jeszcze raz zachowa się tak subiektywnie, dożywotnio straci posadę komentatora w Hogwarcie. Niestety wrzasnęła prosto do mikrofonu i mógł usłyszeć ją każdy uczeń. Cóż, zawsze wiedziałam, jak skończy się komentowanie meczu Ślizgonów przez Gryfona.
– Boot ma kafla, podaje do Northern... Northern unika tłuczka, znów podaje do Boota... KOLEJNE DZIESIĘĆ PUNKTÓW DLA KRUKONÓW! 
Zdążyłam pomyśleć, że Malfoy mógłby się trochę pospieszyć – nasza przewaga zmniejszała się w zastraszającym tempie – i w tym momencie zanurkował, a zaraz za nim Corden. 
– Dawaj, Score! – krzyknął Albus.
Malfoy leciał w dół z zawrotną prędkością i wyglądało na to, że nie zamierzał wyhamować. Było jasne, że tylko zwodzi Cordena i nie mam pojęcia, jak Krukon mógł tego nie zauważyć. 
Gdy byli tuż nad ziemią i Scorpius miał pewność, że jego przeciwnik nie zdąży się zatrzymać, poderwał miotłę do góry. Corden zarył w ziemię, przekoziołkował parę metrów razem ze złamaną miotłą, upadł na plecy i już nie wstał. Został przeniesiony na niewidzialnych noszach do skrzydła szpitalnego.
Teraz Malfoy mógł spokojnie wypatrywać znicza, choć zdaje się, że znalazł go na początku gry i nie spuszczał z niego oka. Pędził w stronę złotej piłeczki, jakby od tego zależało jego życie (jestem prawie pewna, że w rzeczywistości tak było) i już po chwili trzymał ją w zaciśniętej pięści. Ślizgoni wpadli w szał, wszyscy ściskali, całowali i uśmiechali się do kogo tylko mogli. Nawet nie wiedziałam, że tak potrafimy. Natomiast cała drużyna jakby zapomniała o wcześniejszym incydencie w Wielkiej Sali i tłoczyła się wokół Malfoya, zapewne gratulując sobie nawzajem.
Tłum powoli wylewał się na błonia. Najpierw wiwatujący Ślizgoni, potem cała reszta Hogwartu, która nie była już tak zadowolona z życia. Nie mogliśmy dostać się do drużyny ani na błoniach, ani na korytarzach; udało nam się to dopiero w pokoju wspólnym, kiedy niektórzy zniknęli w swoich dormitoriach albo innych ustronnych miejscach. Gdy przecisnęliśmy się przez tłum do kominka, pod którym siedzieli zawodnicy, Asa natychmiast zerwał się z miejsca i wziął mnie w objęcia, jakby to była zupełnie naturalna rzecz, którą robił po każdym meczu. Uścisnął mnie mocno, a ja nieśmiało poklepałam go po ramieniu. Nie podobała mi się ta sytuacja, miałam ochotę użyć na nim jakiegoś ciekawego zaklęcia.
– Udało nam się! Wygraliśmy! – krzyknął, odsuwając się ode mnie trochę. Mimo to nadal czułam się nieswojo.
– Rowle, jeśli jeszcze raz coś takiego zrobisz, zetrę ci ten głupi uśmieszek z twarzy, rozumiemy się? – oznajmiłam, wyciągnąwszy różdżkę.
– Co tylko zechcesz, kochanie – uśmiechnął się przesadnie szeroko. Wyminęłam go i usiadłam na kanapie obok Scorpiusa, który był mniej szczęśliwy z wygranej niż zazwyczaj. Wzięłam głęboki oddech i skrzyżowałam ręce na piersiach. Czas pogodzić dwóch najlepszych przyjaciół. 
– Wiesz, że spieprzyłeś sprawę, tak? – Malfoy milczał (nie dziwię się, nikt z nas nie lubi przyznawać się do błędu), więc mówiłam dalej. – To nie będzie łatwe, ale musisz go przeprosić. I najlepiej zrób to teraz. 
– Za co niby?! – obruszył się. – Ja tylko wyrażałem swoje poglądy! 
Spojrzałam wymownie w sufit. Merlinie, dlaczego on jest taki tępy. Farwell miał rację, czasem naprawdę zachowywał się jak gumochłon.
– Za to, że obraziłeś jego rodzinę, idioto – powiedziałam spokojnym głosem.
Score otworzył usta by coś powiedzieć, ale po chwili je zamknął i pokiwał głową. – No, to na co czekasz? Idź do niego.
Malfoy wziął głęboki oddech i powoli wstał. Mogłabym postawić dziesięć galeonów, że trzęsły mu się nogi.
Posiedziałam chwilę sama, ale gdy zauważyłam, że Asa zmierza w moim kierunku, podeszłam szybko do Claire Rookwood i Lucy Greengrass. Nie miałam ochoty ponownie być przez niego przytulona zwłaszcza, że wyglądał już na lekko wstawionego. Claire i Lucy podały mi butelkę Ognistej Whisky, ale grzecznie podziękowałam. Dziś nie chciałam pić; skoro miałam halucynacje na trzeźwo, wolałam nie myśleć, co by się działo, gdybym była pijana. W ogóle nie chciałam tam siedzieć. Radość ze zwycięstwa dziwnie wyparowała, chciałam tylko udać się do dormitorium, położyć w łóżku i przetrząsnąć każde wspomnienie w poszukiwaniu mojego tajemniczego znajomego. Zapewne bym tak zrobiła, gdyby nie Al i Scorpius, którzy, najwyraźniej już pogodzeni, zawołali mnie do siebie. Uśmiechnęłam się, myśląc, że może to znak, że wszystko wraca do normalności.

***

Jednak rano nic nie było normalne. Po pierwsze, zaspałam, choć to można usprawiedliwić – profesor Zabini wygonił nas do łóżek dopiero o czwartej rano. Całe szczęście, że była niedziela i śniadanie zaczynało się dopiero o dziewiątej. Po drugie, znów miałam tę dziwną wizję. Bardzo wyraźną i realistyczną, jakby ktoś włączył w moim mózgu telewizor. Tym razem ukrywałam się za wielką, złotą kolumną ozdobioną różnymi scenami, takimi jak centaur uczący jakieś dziecko strzelać z łuku. W myślach pogratulowałam autorowi fantazji. Centaury nigdy w życiu nie zaczną się zadawać z ludźmi.
Wyglądało na to, że twórca tych kolumn naprawdę miał wybujałą wyobraźnię. Wyżej umieścił jakiegoś wielkiego gościa, który odcinał łby Bardzo Wkurzonej Bestii. Wyglądała trochę jak zirytowana tentakula, tylko o wiele bardziej groźna.
Odważyłam się wyjrzeć zza filaru i aż podskoczyłam. Znajdowałam się w ogromnej, półkolistej sali. Po przeciwnej stronie stało dwanaście tronów, a na nich siedzieli ludzie jeszcze więksi niż Hagrid. Niemożliwe, żebym trafiła do nory olbrzymów, ale na tym skończyły się moje pomysły dotyczące tego miejsca. 
Jeden z nich, ten siedzący na środku, wyraźnie miał nad pozostałymi jakąś władzę. W jego ciemnej, krzaczastej brodzie co chwilę coś błyskało, jakby malutkie pioruny. 
– Nie możemy jej jeszcze stamtąd zabrać! – zagrzmiał, uderzając pięścią w podłokietnik. Atmosfera zrobiła się bardzo napięta.
– Zeusie, to moja córka i ma już siedemnaście lat, wystarczająco dużo, by dowiedzieć się, kim naprawdę jest! – Mężczyzna siedzący po jego lewej stronie zerwał się ze swojego tronu ozdobionego kośćmi różnego rozmiaru. W jego oczach zapłonął dziwny, czerwony blask. O kimkolwiek rozmawiali, współczułam tej dziewczynie ojca, który wyglądał jak wokalista Fatalnych Jędz. 
Wtedy odezwała się jedna z kobiet, lecz była o wiele spokojniejsza i bardzo pewna siebie. Ona z kolei przypominała mi Rowenę Ravenclaw ze starych obrazów.
– Hadesie, jeśli za bardzo się pospieszymy, dziewczyna dozna szoku i możemy nie zdążyć do letniego przesilenia. 
– Będzie w szoku jak wszyscy, którzy dowiedzieli się o swoim prawdziwym pochodzeniu – warknął wokalista Fatalnych Jędz – więc przestań udawać, że się o nią martwisz. Mój syn odwiedził ją dzisiaj...
– Nie wtrącaj w to swojego syna – rzekł Zeus, również wstając. – Narada zostaje przełożona na jutro, wtedy zadecydujemy o losie Audrey Baines. 
Wtedy właśnie ocknęłam się w swoim łóżku, cała spocona i zestresowana. W głowie kłębiło mi się pełno chaotycznych myśli. Dlaczego śnią mi się takie rzeczy? Dlaczego mój ojciec przypomina wokalistę zespołu, który już dawno przestał istnieć? Dlaczego właściwie banda jakichś olbrzymów będzie decydować o moim losie? 
Miałam wrażenie, jakby mój mózg miał zaraz wybuchnąć. Dlatego właśnie złamałam jedną ze swoich najważniejszych zasad – pobiegłam do sypialni chłopców z mojego roku.

piątek, 26 grudnia 2014

Rozdział I/Prolog/Nazwij to jak chcesz


No to ten... wróciłam, tak jakby. Oczywiście nie napisałam ani jednego rozdziału do przodu, a jeśli chodzi o to na dole - nie mam zielonego pojęcia, co to jest. Potraktujcie to jako prezent gwiazdkowy, okay? 
Naprawdę Was przepraszam, że tak długo to trwało i dostajecie marne 5 stron, ale... dopadła mnie choroba zwana życiem i ciężko mi znaleźć czas na cokolwiek poza szkołą i znajomymi (tak, Dianka powoli pozbywa się social anxiety! *oklaski*). 
Ekhm... enjoy xx

PS Za wszelkie usterki, brak logiki i inne małe awarie bardzo przepraszam, ta przerwa niezbyt dobrze zrobiła mojej wenie. W razie czego krzyczeć, a ja zaraz będę poprawiać.
___________________________

– Panno Baines, proszę przestać pukać w tę ławkę.
            Głos profesora Longbottoma przedarł się przez stan dziwnego otępienia, w którym znajdowałam się przed chwilą. Ostatnio dość często mi się to zdarzało – wydawało mi się, że znajduję się w innym, lepszym miejscu. Takim, do którego bardziej pasuję.
            Odetchnęłam głęboko, starając się zapomnieć o widoku pól truskawek skąpanych w słońcu, i odłożyłam małą łopatkę. Wymamrotałam przeprosiny, a Longbottom skinął głową i wrócił do wykładu na temat kłaposkrzeczek.
            Jedynie Albus Potter posłał mi pytające spojrzenie, które zignorowałam; reszta Ślizgonów patrzyła na mnie, jakbym była jakimś wybrykiem natury. Nie ma się co dziwić, w końcu nie pierwszy raz naraziłam nasz dom na utratę punktów. Chociaż w tym roku bardzo staram się nie podpadać nauczycielom – naprawdę chcemy odebrać Puchonom Puchar Domów, który trzymają u siebie już od trzech lat.
            Profesor Longbottom miał zadziwiającą zdolność opowiadania o najbardziej nudnych roślinach w taki sposób, że miało się wrażenie, jakby były najniebezpieczniejszymi stworzeniami na świecie. Niestety, czego by nie robił, ja i tak zawsze musiałam na chwilę odpłynąć. Właściwie nie było lekcji, na której skupiałabym się przez cały czas.
            Gdy Longbottom przypominał, jak nawozić kłaposkrzeczki, zabrzmiał dzwonek ogłaszający początek przerwy.
            – Na następnej lekcji dokończymy ten temat – oznajmił, przekrzykując harmider, który robili pakujący się uczniowie. Kolejną jego zaletą było to, że zadawał bardzo mało prac domowych. Niestety, jeśli już to robił, trzeba było poświęcić na nie dużo czasu. Z reguły składały się z przeczytania jakiejś lektury uzupełniającej, co dla mnie było męczarnią. Nie wiem, czy jestem aż tak straszna, ale kiedy próbuję czytać, literki zawsze ode mnie uciekają albo zamieniają się miejscami.

            Grudniowe powietrze nie jest zbyt przyjemne, kiedy wychodzi się z rozgrzanej cieplarni. Otuliłam się ciasno płaszczem i przyspieszyłam kroku, byle tylko dostać się do ciepłego zamku. Szłam szybko, o ile można tak nazwać przedzieranie się przez zaspy śniegu do kolan.
            Mimo że wyprzedziłam prawie wszystkich Ślizgonów, Albus Potter i tak mnie dogonił.
            – Audrey, jak się czujesz? – zapytał, chuchając w dłonie, przez co jego głos był trochę zniekształcony.
            – Al, przecież nie umieram. – Klepnęłam go w ramię. – To, że czasem się zamyślę, wcale nie znaczy, że coś jest ze mną nie tak, prawda? Spójrz na przykład na taką Weasley. – Kiwnęłam głową w stronę dziewczyny, która właśnie nas minęła. – Jest najnormalniejszą osobą na świecie, a wcale nie koncentruje się na historii magii.
            – Jasne, bo gdyby ktoś koncentrował się na historii magii, to by dopiero było dziwne. Dzięki, zawsze wiedziałem, że jest ze mną coś nie tak. – Zatarł zaróżowiałe od zimna ręce.
Uśmiechnęłam się, ale Potter tego nie zauważył. Obserwował jakąś dziewczynę o blond włosach, która stała w otoczeniu Gryfonów, ale sama miała szalik w barwach Ravenclawu. Była odwrócona tyłem, więc nie mogłam dostrzec twarzy, ale znając Ala, była to panna Bones, która podobała mu się od pierwszego roku. Oczywiście udawał, że wcale tak nie jest, a ja i Scorpius udawaliśmy, że mu wierzymy.
– Potter, tu jestem. – Machnęłam mu ręką przed oczami. – Dlaczego nie włożysz tych dłoni do kieszeni?
– Och, no tak – wymamrotał, zmieszany, i szybko zmienił temat. – Widziałaś rano Score’a?
– Przypominam ci, że to ty śpisz z nim w jednym dormitorium.
– A kto was tam wie… – Al obdarzył mnie spojrzeniem z serii „nie zaprzeczaj, to i tak nic nie da”. – Zresztą, wyszedł zanim ktokolwiek zdążył otworzyć oczy.
– Pewnie poszedł na boisko.
Zawsze tak było. Jeśli nie wiesz, gdzie znaleźć Scorpiusa Malfoya, najpierw sprawdzasz na boisku do quidditcha. Masz 99% szans, że tam właśnie będzie. A tym bardziej, jeśli zbliża mecz. I to nie byle jaki: od niego zależały dalsze losy drużyny Ślizgonów w rozgrywkach.
Pchnęłam ramieniem drzwi wejściowe.
W zamku nie było jeszcze bożonarodzeniowych dekoracji, więc poręcze były gołe, nigdzie nie stały choinki, a zbroje nie wyśpiewywały kolęd, jednak dało się wyczuć tę szczególną atmosferę. Do świąt zostały jeszcze dwa tygodnie, ale prawie wszyscy myśleli już o wspaniałym jedzeniu i nicnierobieniu.
Próbowaliśmy przecisnąć się do schodów, ale uniemożliwiał nam to duży tłum pierwszoklasistów, którzy chyba zgubili się w drodze na eliksiry. Z hałasu, jaki robili, można było wychwycić zdania typu „och, profesor  Iliakow znowu odejmie na punkty, pozostali Krukoni nas zabiją”.
Z kolei za sobą słyszałam przekleństwa starszych uczniów.
W takich warunkach nie dało się rozmawiać, skupialiśmy się na tym, żeby w miarę sprawnie omijać pierwszoklasistów i szybko dostać się na schody. Ponieważ starsi uczniowie nie mieścili się w sali wejściowej, drzwi były cały czas otwarte i zaczynało być tu tak zimno, jak na dworze. 
Mimo moich starań co chwilę ktoś mnie potrącał albo deptał. Kiedy cierpliwość mi się wyczerpała i miałam krzyknąć, żeby wreszcie przestali biegać jak stado nierozgarniętych hipogryfów, ktoś mnie wyprzedził.
– STOP! – wrzasnął Scorpius Malfoy, który właśnie pojawił się na szczycie schodów. Na jego piersi błyszczała odznaka prefekta, ale minę miał jakby był co najmniej dyrektorem Hogwartu.
– Niech wszyscy ustawią się w rzędzie pod ścianą – rozkazał, a gdy pierwszoroczniacy wykonali polecenie (oczywiście nie bez problemów. Każdy chciał jak najszybciej dostać się na wskazane miejsce, jakby Score mógłby zrobić im coś strasznego za niewykonanie polecenia), ukłonił się teatralnie.
– Przejście dla szanownej starszyzny – oznajmił, uśmiechają się szarmancko.
Dzieciaki znów zaczęły głośno gadać, ale przynajmniej nie zajmowały całego korytarza. Score powiedział jednemu z nich, jak dotrzeć do lochów.
–Witam szanowną pannę Baines oraz pana Pottera. Żywię nadzieję, iż spało się państwu wybornie – powiedział, kiedy wreszcie do niego doszliśmy. Zaczęłam nerwowo grzebać w torbie w poszukiwaniu planu lekcji. Cholerna kartka, zawsze się gdzieś zaplącze.
– Naturalnie, choć byłoby lepiej, gdyby pan, panie Malfoy, nie chrapał aż tak głośno – odparł Al.
–  Przestańcie się wydurniać i powiedzcie, gdzie mamy następną lekcję.
Jak zwykle zgubiłam plan; z wściekłości miałam ochotę coś rozwalić.
– Audrey, jest grudzień. Czy ty chociaż raz nie możesz nauczyć się planu na pamięć?
– A czy ty choć raz nie możesz mi normalnie odpowiedzieć na to pytanie?
Spiorunowałam Ala wzrokiem. Sęk w tym, że właśnie nie mogłam zapamiętać tych wszystkich numerów klas i kolejności zajęć. Zawsze mi się to mieszało, a im bardziej się starałam, tym było gorzej.
Score zmarszczył brwi.
– Transmutacja.

***

Wieczorem, kiedy wszyscy normalni ludzie dawno okupowali najlepsze sofy w pokojach wspólnych, nienormalni ludzie (czytaj: siódmo– i piątoklasiści) okupowali najlepsze stoły w bibliotece. Grudzień był tym miesiącem, w którym zorientowaliśmy się, że, o słodki Merlinie!, zostało nam niecałe sześć miesięcy do OWUTEMów i wypadałoby zacząć się uczyć. Niestety dotyczyło to wszystkich uczniów (oprócz Krukonów oczywiście; krążyły plotki, że oni już w wakacje organizowali spotkania i powtarzali materiał), zaczynało więc brakować książek w bibliotece.
Wpadłam do ciemnej sali, trzymając ostatni egzemplarz „Jak szybko przetransmutować człowieka w dowolne zwierzę”, który cudem zgarnęłam z półki – jakiś podejrzanie wyglądający Gryfon, którego nigdy wcześniej nie widziałam (cóż, z moim brakiem zdolności do zapamiętywania twarzy to nie była żadna niespodzianka), wyciągał już po nią rękę. Mam nadzieję, że nie dorwie mnie na jakimś pustym korytarzu, bo po spojrzeniu, jakim mnie obdarzył, miałam wrażenie, że chciał mnie zamordować na miejscu.
Oburzeni ludzie unieśli głowy znad książek i prawie jednocześnie pokazali palcami, że mam się uciszyć. Wzrokiem odszukałam moich towarzyszy życia, to znaczy Score’a i Albusa, którzy byli otoczeni wianuszkiem dziewczyn, mimo że siedzieli w najdalszym i najciemniejszym kącie. Cóż, bycie sławnymi synami sławnych czarodziejów (okej, może ojciec Scorpiusa nie był bardzo sławny, ale za czasów młodości na pewno bardzo przystojny) ma swoje wady.
– Moje drogie, to nie jest zoo, tylko biblioteka – oznajmiłam, naśladując głos pani Pince. – Kolegów będziecie podziwiać na przerwach.
Dziewczyny rozejrzały się, przerażone, a gdy dotarło do nich, że ja – Audrey Baines, zwykła Ślizgonka, bez sławnych rodziców, do tego nawet nie ładna – ośmieliłam się zwrócić im uwagę, zostałam po raz kolejny tego wieczoru zgnieciona oburzonymi spojrzeniami.
– Och, Merlinie, won mi stąd! – wskazałam prawą ręką bliżej nieokreślony kierunek. Ważne, że tym razem zrozumiały, o co mi chodzi i odeszły. – Naprawdę nie możecie się powstrzymać? – zwróciłam się do przyjaciół.
– Wybacz, że jesteśmy tak atrakcyjni. Wiem, że trudno to zrozumieć, ale…
– Scorpius, zamknij się – przerwał mu Al. Na szczęście, bo gdyby mówił dalej, z pewnością jego twarz nie byłaby już taka piękna, jak uważał. Score uśmiechnął się do mnie złośliwie, co było normalne w naszej relacji, więc uznałam, że mogę bezpiecznie usiąść naprzeciwko niego.
– Wiecie co, Iliakow mnie zabije – mruknął po dłuższej chwili ciszy. – A przecież w sobotę mecz quidditcha, powinienem ćwiczyć, ale oczywiście, lepiej siedzieć nad jakimiś durnymi eliksirami.
Naprawdę próbowałam się skupić, więc gestem pokazałam mu, żeby się nie odzywał. Wypuścił głośno powietrze, ale nic nie powiedział. Zaczął pisać coś wolno na pergaminie. Skrzypienie pióra nigdy nie było przyjemnym odgłosem, a teraz wydawało mi się, jakbym słyszała tylko to. Wszyscy nagle uparli się, żeby coś pisać, a mnie zaczynało przez to roznosić. Kiedy miałam wrażenie, że wybuchnę, w mojej ręce nagle pojawiły się dwa galeony. Nie mam pojęcia, skąd się wzięły, ale wolno włożyłam je do kieszeni, spoglądając, czy Al i Score niczego nie widzą. Napięcie raptownie zaczęło spadać, a pióra przestały tak głośno skrzypieć.
Tymczasem Scorpius znów zaczął marudzić.
– Przecież ja nie zdążę tego do jutra przeczytać, a co dopiero zapamiętać. – Spojrzał smutno na opasłą księgę, jakby chciał ją poprosić, żeby sama się przeczytała.
– Proponuję więcej czasu spędzać z dziewczynami – odparłam niewinnym tonem.
– To nie moja wina, że się do mnie kleją. I do Ala. Ty jesteś po prostu zazdrosna. – Wycelował we mnie palec w oskarżycielskim geście.
– Wybacz, ale nie chcę, żeby kleiła się do mnie jakakolwiek dziewczyna.
– Szkoda tylko, że chłopacy też tego nie robią.
Tym zdaniem Scorpius Malfoy naprawdę mnie zirytował. Gdyby Al nie interweniował, rzuciłabym w niego ciekawym urokiem i nie obchodziła mnie groźba jakiegoś tam szlabanu.
– Wiedzieliście, że każdy z założycieli miał swój miecz? – zapytał, prawdopodobnie chcą odwrócić naszą uwagę od kłótni. – Tak jak Gryffindor.
– Jeju, to naprawdę fascynujące, Al – odparł Score, udając, że naprawdę go to interesuje. Jednocześnie spojrzał na mnie znacząco. Albus nigdy nie zrozumiał, jak można nie lubić historii magii i często zarzucał nas jakimiś ciekawostkami zupełnie niezwiązanymi z tematem rozmowy.
– Wiem, inaczej bym tego nie mówił. –Potter był zupełnie nieświadomy tego, że Score znów zagłębił się w lekturze swojej książki. – Nikt nie wie, skąd się wzięły, a gobliny, które je wykonały, nie chciały przyznać, kto je o nie poprosił. To dziwne. – Podniósł wzrok znad księgi i dopiero wtedy zauważył moją nieco zdezorientowaną minę.
– Al, to naprawdę bardzo ciekawe – powiedziałam, uśmiechając się delikatnie – ale zrozum, że nas nie do końca interesują starożytne miecze i gobliny.
– Czasem moglibyście tego posłuchać, chociaż dla poszerzenia horyzontów! – oburzył się, zapominając o obowiązującej ciszy. Prawie natychmiast pojawiła się pani Pince, bibliotekarka, która przez swoją chudą sylwetkę i garbaty nos przypominała nieco sępa.
– Co to ma znaczyć?! – krzyknęła szeptem. Tak, lata pracy w bibliotece sprawiły, że potrafiła to robić. – Tu się czyta, nie rozmawia! Proszę natychmiast opuścić salę! – Zatrzasnęła mi ze złością książkę i, chwyciwszy oburącz, przycisnęła do piersi.
Chciałam coś powiedzieć, podobnie jak Scorpius, ale Albus uciszył nas spojrzeniem. Spakowaliśmy szybko torby i powlekliśmy się do wyjścia. Żadne z nas wolało nie myśleć o reprymendzie od nauczycieli za nieodrobioną pracę domową.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Liebster Award

Diance się nudzi, a prolog musi swoje odleżeć, a więc:
Des, bardzo cię kocham, to jasne jak włosy Scorpiusa :'). Mogę sobie odpuścić te wszystkie podziękowania i tak dalej, co nie?
*bezczelnie kopiuję* ''Nominacja do Libster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za ''dobrze wykonaną robotę''. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.''

Od razu powiem, że nie nominuję nikogo, bo a) nie chce mi się i b) w zasadzie to nie mam kogo.

Pytania:

1. Jaka jest Twoja ulubiona fikcyjna para i dlaczego?

You mean OTP? 

*wcale nie gapię się na to od pięciu minut*

Aktualnie najbardziej shipuję Destiela, wcześniej było Rose x 10th, jeszcze wcześniej Gwen x Peter, a tak ogólnie to Percico xD

2. Możesz wybrać sobie dwa fantastyczne stworzenia, jakie i dlaczego?

Na pewno hipogryf (halo halo, moja OC zapieprzała na hipogryfach) no i kotorożec XD

3. Skąd bierzesz pomysły/natchnienie?

Idk, same przychodzą, same odchodzą.

4. Jaka była Twoja ulubiona bajka Disney'a?

Piękna i Bestia forevah. Bajka z przesłaniem, to co Dianka lubi najbardziej.

5. Możesz wybrać sobie jeden świat ukazany w książce/serialu/anime/czy co tam jeszcze jest, w którym będziesz żyć. Co wybierasz?

Nie mogę się zdecydować, więc wybieram SuperPotterWhoLocka.

6. Co uważasz o osobach, które interesują się jakąś serią tylko dlatego, że jest popularna?

Sezonowcy to zło :') Znaczy no, niech sobie czytają co chcą, a jeżeli potem nadal będą wierni serii, to jest bardzo fajne. 

7. Właśnie w tej chwili rozpoczyna się zombie apokalipsa. Co robisz?

Dzwonię po Winchesterów, jedziemy Impalą na Baker Street 221B, a stamtąd ładujemy się do TARDIS i oczywiście powstrzymujemy tę apokalipsę. Nie z takimi zagrożeniami już sobie radziliśmy! 

8. Jaki jest Twój stosunek do osób o innej orientacji seksualnej?


Wiem, że bardzo popularny obrazek, ale najlepiej oddaje mój stosunek.

9. Co uważasz o ludziach, którzy nie czytają książek?

Nie tępię ich ani nic, ale uważam, że tracą naprawdę dużo. 

10. Czy czujesz z jakąś fikcyjną postacią szczególną więź? Jeżeli tak, to z jaką i czemu?

Of kors, że z Nico. *nie żeby był moim bratem, pff, skądże znowu* Dlaczego? Well, jesteśmy bardzo podobni z charakteru i mamy podobne problemy. Nie chcę się na ten temat rozpisywać, bo zaraz zacznę rozpaczać nad swoim marnym życiem :')

11. Na koniec coś łatwego: Jaki jest Twój ulubiony owoc?

Truskawki.

Update!

Dziękuję bardzo Zaczytanej za nominację :)

1. Czym się interesujesz?

Hm. Chyba jasne, że pisaniem. Oprócz tego czytam, jeżdżę konno i, jeśli to można zaliczyć do zainteresowań, to superwholockuję.

2. Jaki gatunek książek czytasz?

Generalnie fantasy, czasem kryminały (Sherlock i dzieła pani Christie), a z bardziej... normalnych książek, to wszystkie pana Zielonego.

3. Od jak dawna piszesz?

Well, jakoś w październiku mijają mi dwa lata.

4. Jesteś optymistą czy pesymistą? 

Staram się być optymistką, ale czasem nie wychodzi, zwłaszcza, że dzieci Hadesa mają skłonności do pesymizmu.

5. Czym twoim zdaniem jest życie? 

Trudne pytanie i chyba nie odpowiem.

6. Jaki obrazek przedstawia Twoje nastawienie do świata?

http://thomas-galvin.com/blog/wp-content/uploads/gif-party/sad/castiel.gif 
Nie do końca jest to moje nastawienie, ale tak wyglądam praktycznie przez cały czas w internetach xD

7. Twój ulubiony cytat?

"Just because they say those things, doesn't make them true."

8. Wolisz pisać na papierze czy na komputerze?

W sumie to mi to obojętne.

9. Wymień trzy wartości, jakimi kierujesz się w życiu.

Rodzina, przyjaźń i... wolność? 

10. Jak ci się podoba mój blog?

Idk, nie czytałam.

11. Skąd czerpiesz inspirację? 

Internety. 

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Wielki come back...

... a przynajmniej tak myślę.
Pewnie się tego nie spodziewaliście, ale zamierzam wrócić. Nie wiem jeszcze, kiedy dokładnie, aczkolwiek możecie się szykować psychicznie na pisanie długich komentarzy.
Będzie nowa fabuła, nowi bohaterowie, nowy szablon i w ogóle aż mi się w głowie kręci od tych nowości.
Tylko nie cieszcie się aż tak bardzo, tym razem nie będę taka głupia i chcę napisać parę rozdziałów do przodu, a z moim zapałem to będzie trudne.
Miłych wakacji i w ogóle wszystkiego, co najlepsze x

PS To wcale nie jest chamska reklama: http://disconsolate-generation.blogspot.com/ Rozdział będzie nie wiadomo kiedy (możliwe, że w piątek) pytajcie kochanej Kath.
PS2 Ktoś wie, gdzie mogę ściągnąć Supernatural za darmo i bez dziwnych weryfikacji? Błagam, proszę i żądam linki, bo nie wyrabiam w szkole.

sobota, 22 lutego 2014

Urodziny

Głupia Dianka myślała, że rocznica jest w marcu, a była 11 lutego ;___;  Chciałam zrobić niespodziankę i jak zwykle nic z tego nie wyszło, no trudno.
Tak, tak, już rok się ze mną męczycie. Chciałabym bardzo, bardzo, bardzo podziękować za ponad 20000 wyświetleń i 38 obserwatorów. I za to, że przeżyliście moje pierwsze rozdziały :D Uwielbiam Was! 
A teraz tak:
Lydii dziękuję za to, że była ze mną od początku, za miłe słowa, za nasze rozmowy i za to, że pomogłaś mi wybrać ulubioną potrawę Franka xD
Kath dziękuję za to, że została moim osobistym poganiaczem. Serio, bez świadomości, że wrzucisz mnie do Tartaru, a potem wyciągniesz, żebym mogła ci napisać kolejne rozdziały, w życiu bym ich nie napisała :D No i za nasze fangirlowanie i hejtowanie! 
Des dziękuję za popieprzone komentarze i rozmowy. Zawsze się śmieję jak głupia, kiedy je czytam. I pamiętaj o naszym Uniwersytecie i o tym, że ja nadal czekam na Levico! 
Ani K. dziękuję za łowy na żony Nico :D
No i Amandzie, oczywiście, za "super i kiedy nowy rozdział", za to, że zawsze ze mną była i... no, pomimo mojego charakteru nadal jest.
Na koniec jeszcze podziękowania, dla tych, którzy kiedyś się tu pojawiali: dla Tristezzy, Dory, Stacy, Merr, Ri-chan, Komety, Lili Potter, Rosmaneczki, martusi 714, Natalii F i wielu, wielu innych. Bez Was i Waszych komentarzy nie byłoby mnie tutaj.
Jedno, wielkie, ogromne:

piątek, 27 grudnia 2013

Bardzo Podziemna Wigilia

No więc pozbierałam wszystkie moje wspomnienia z naszej Podziemnej wigilii i wyszło takie coś. Pewnie pamiętałabym więcej, ale spotkania z rodzinką należą do tych zdecydowanie psujących psychikę. Macie sobie spóźniony prezent na święta :D
Indżojcie
_____________________

Nieważne, ile razy korzystałam z wejścia do Podziemia w Los Angeles, i tak zawsze dziwiłam się, jak śmiertelnicy mogą go nie zauważać. To takie... nienaturalne.

Okej, śmiertelników nie sposób ogarnąć.

Jeśli myśleliście, że normalnie Los Angeles wygląda jak jeden wielki neon, to najwyraźniej nie widzieliście tego miasta w święta. Wszystko było o wiele jaśniejsze niż zwykle, pełno było reniferów, Mikołajów, dzwonków i bałwanów, i tych innych pierdół, które, choć trochę kiczowate, miały swój urok i nadawały klimat.

Otworzyłam drzwi do eleganckiego studio filmowego. Wszystko lśniło tu od złota, a na ścianach migotały lampki. W tle leciały kolędy. Charon nie wyglądał na zbytnio zadowolonego ze stroju Mikołaja, w którym stał. Obok miał wielki, sztucznie wypchany worek. Ja, szczerze mówiąc, również wolałam go w garniturze.

Wydawało mi się, że znajdowało się tam więcej dusz niż zwykle i trudniej było się przepchnąć do Charona.

Otworzył przede mną przesuwane drzwi i dreptał za mną aż do łodzi. Wzrok przez chwilę przyzwyczajał się do półmroku, który tam panował, a po chwili mogłam ujrzeć wszystkie te kości w ścianach i wąską, kamienistą ścieżkę. Większość herosów pewnie nie ruszyłaby się z miejsca, zastanawiając się, co ich tu przywiało. Ale nie dzieci Hadesa (a trzeba nadmienić, że jest nas całkiem sporo). My mamy ochotę skakać z radości i biegać po całym Podziemiu z nadmiaru energii.

 Teoretycznie mogłabym wybrać podróż cieniem, ale:

zużyłabym dużo energii,

ominęłabym Charona,

nie przywitałabym się z Cerberkiem.

- Więcej was matka nie miała? - wymamrotał Charon, kiedy stanęliśmy na brzegu Styksu.

- Raczej ojciec. - Uśmiechnęłam się promiennie i usadowiłam w łodzi. Generalnie Charon nie był dobrym rozmówcą. On mówił mało, a jeśli już się odzywał, to marudził, że tata znów wydłużył mu godziny pracy albo narzekał na zbyt dużą ilość umarłych.

W połowie drogi zaczęłam wiercić się niespokojnie. Nieczęsto cała nasza rodzinka spotyka się w Podziemiu. Zwykle każde z nas robi co innego - niektórzy na powierzchnię wychodzą okazjonalnie, a z kolei ja z paroma osobami praktycznie cały czas jesteśmy na Ziemi. Trudno jest nas ogarnąć i zmusić do spotkania. A teraz... jest Wigilia, a co jak co, ale ją powinno spędzać się z rodziną.

Charon zatrzymał łódź i chyba chciał coś powiedzieć, ale usłyszałam szczekanie, więc zerwałam się z miejsca i pobiegłam do Cerberka. Na pewno prześcignęłabym wtedy nimfy z obozu.

Przeciskałam się przez tłum umarłych czekających na osąd, pomachałam do Minosa i innych członków rady (swoją drogą, mieli bardzo fajne, czerwone czapki), aż w końcu zdyszana stanęłam przed psem. Opuścił jeden łeb, pozostałymi wciąż czujnie obserwował dusze, które kuliły się pod jego spojrzeniem.

- Kto jest moim ulubionym pieskiem? Moją dzielną psiną? - zawołałam do niego i zaczęłam tarmosić wielki łeb. - Mój kochany Cerberek tak się stęsknił!

Zawył cicho i trącił mnie łapą. Rozejrzałam się wokoło i wypatrzyłam ogromną, czerwoną piłkę. Gdy wzięłam ją do ręki, Cerber zaczął tak energicznie machać ogonem, że powywracał niektóre nieuważne dusze. Rzuciłam piłką, a on natychmiast pobiegł za nią tak szybko jak umiał.

- Misiu, muszę iść - podrapałam go za uchem, gdy przybiegł z powrotem - ale wrócę, obiecuję.

Jego piski słyszałam przez całą drogę do pałacu taty.

W zasadzie nie ma co opisywać - było dużo złota i drogich kamieni, ognia i ciemnych zakamarków. Na ścianach sporadycznie pojawiały się pochodnie, ale ogólnie panował tu jeszcze większy mrok niż w całym Podziemiu. I chociaż było pięknie, to ciągle prosiłam tatę, by bardziej oświetlił swój pałac.

A potem nie widziałam już nic oprócz jasnorudych włosów.

- Lamusie, już myślałam, że nie przyjdziesz! - wykrzyknęła Lydia, która najwidoczniej czekała na mnie odkąd zaczęło pojawiać się nasze rodzeństwo

- Nie mogłam przepuścić tak wspaniałej okazji do wkurzania Persefony. Kath już jest?

Lydia pokręciła głową.

- Lepiej nie mów tak na nią, kiedy przyjdzie. Pewnie znowu coś zepsuła w obozie i Leo się na nią drze. Ale większość siedzi już na górze.

Weszłyśmy po długich schodach na piętro i aż zaparło mi dech z wrażenia. Że... że to był nasz pałac?

- Czy mamy jakiegoś nowego boga dekoracji i kto otrzymał jego błogosławieństwo?

Pałac taty, a właściwie ta wielka sala ilością ozdób dorównywała Los Angeles. Mnóstwo było pochodni ozdobionych ostrokrzewem, co groziłoby pożarem, gdyby nie magiczna osłona. Ubrane choinki stały pod wszystkimi ścianami. Aż dziw, że żyły w Podziemiu, ale to chyba jakaś magia Persefony. Nie miały nawet żadnych donic z wodą, były po prostu ustawione pionowo i podtrzymywane jakąś magiczną siłą. Pod sufitem ktoś zawiesił kolorowe łańcuchy, z których zwisała jemioła. No i oczywiście stół. Wielki, ciemny, z ogromną ilością zdobień, królował w tym pomieszczeniu. Wręcz uginał się pod ciężarem wszystkich potraw. Oprócz tradycyjnych dwunastu, było tyle innych ciast, muffinów, naleśników, gofrów, kiełbasek, hot dogów, hamburgerów, frytek, klusek, ziemniaków, ryb w przeróżnych sosach, a wszystko wyglądało tak pysznie, że miałam ochotę zjeść to teraz i nie czekać na innych. Na szczycie stołu siedział tata w swojej zwykłej postaci bez tych wszystkich płonących bajerów, a obok Persefona, jak zwykle naburmuszona.  Z kolei w rogu, tam gdzie nie było choinek, stały instrumenty i kilku umarłych muzyków, którzy je stroili.

- Hej, a ktoś w końcu powiedział Hazel, że to wszystko jest odwołane? - zapytałam Lydii konspiracyjnym szeptem. Hazel była po prostu hańbą dla naszej rodziny, nawet jeśli uratowała świat.

- Tak - odpowiedział mi zupełnie inny głos. To była Tonks albo inaczej Thalia. Oczywiście nie Grace, ona pewnie hasała gdzieś po łąkach razem z Łowczyniami. Nasza kolejna siostra, miła i posłuszna, i gdyby nie to, że jesteśmy rodziną, pewnie pełniłaby rolę chłopca, a raczej dziewczyny na posyłki. - Ale nadal nie rozumiem, dlaczego tak jej nie lubicie. - Uśmiechnęła się.

- Bo to przecież taka urocza osoba - mruknęłam bez przekonania i wzięłam je pod ramiona. - Czyli mówicie, że mamy wieczór wolny od jej ględzenia. Najbosko.

- Wszyscy są? - Thalia rozejrzała się, próbując stwierdzić, czy ktoś jeszcze jest nieobecny. - No, to chyba możemy zaczynać.

Chciałam zauważyć, że nie ma jednej bardzo ważnej osoby, ale...

- Na Hadesa - wydyszała Katherine, zatrzaskując za sobą drzwi. - Nico, mógłbyś ogarnąć te swoje żony.

Sala wypełniła się zbiorowym okrzykiem, czymś w stylu "Katherine, nareszcie!" i połowa rzuciła się na nią, zgniatając w uścisku (nie żeby coś, ale w tej części byłam również ja i Lydia - w końcu trzeba powitać drugą ulubioną siostrę). Druga połowa chyba stwierdziła, że zaczeka do składania życzeń.

- Stłoczyły się przed Charonem jak na jakimś strajku albo coś - oznajmiła Katherine, gdy wszyscy ją wyściskali i usiedli na miejscach. - Mają twoje zdjęcie na koszulkach z mnóstwem serduszek, zrobiły sobie nawet transparenty z napisem "NIE DLA PERCICO".

Nico przywalił sobie dłonią w czoło.

- Biedny Charon - mruknęłam. Wizja tych wszystkich fanek Nico przerażała mnie, a co dopiero jego.

- No, próbuje je jakoś powstrzymać przed wejściem na łódź i utorować drogę dla dusz.

Kiedy wyobraziłam sobie przewoźnika w stroju świętego Mikołaja usiłującego odgonić te dziewczyny swoim workiem pełnym sztucznych prezentów, parsknęłam śmiechem. Inni chyba wyobrazili sobie coś podobnego, bo cała sala wypełniła się rechotem.

- No, to teraz już naprawdę zaczynajmy - odezwała się Tonks. Do taty natychmiast ustawiła się ogromna kolejka, jakby nie istniało nic poza nim. Okej, ja też chciałam złożyć mu życzenia, ale... nie był tam najważniejszy. Zresztą niby co miałam mu powiedzieć? Życzyć zdrowia i szczęścia? To miał zapewnione. Tak więc tatę zostawiłam sobie na koniec i podbiegłam do Katherine.

- Siostrzyczko ty moja! - Przytuliłam ją mocno. - Spełnienia marzeń, żeby nie atakowało cię aż tak dużo potworów, żebyś wreszcie pojechała na koncert 30 Seconds To Mars, no i... wiesz, kogo. - Zarumieniła się delikatnie; normalnie byłoby to niedostrzegalne w Podziemiu, ale w tych warunkach dało się zauważyć niemal wszystko. Katherine życzyła mi więcej jedzenia i zmieniła moje niezręczne "wiesz, kogo" na "żebyś wreszcie w kimś się zakochała". Miałam ochotę ją trzepnąć za to ostatnie. To przecież nie moja wina, że większość chłopaków, których znam to idioci! Dobra, może poza Nico, Percym i Leo, ale oni stanowczo odpadają.

Następnie trafiłam na Maggie, która jak zwykle trzymała coś w rękach - tym razem był to najzwyklejszy w świecie Mikołaj z czekolady, zjedzony do połowy.

Nogi mnie już bolały od chodzenia po całym pałacu w poszukiwaniu rodzeństwa. Kiedy wreszcie szłam w kierunku taty, zrobiło się zupełnie ciemno.

- Na najmroczniejsze otchłanie Tartaru, co to ma być?! - wykrzyknął tata.

Wszystkie migające lampki zgasły, nawet pochodnie przestały świecić.

- Że co się niby stało? - jęknął Chris.

- Zeus znów odciął prąd - odparł tata. Miałam wrażenie, jakby chciał pójść na Olimp i zrobić rozpierdziel. - Persefono, przynieś świeczki - polecił, a ona, gdy już odchodziła, zaczęła go przedrzeźniać. Dobrze, że nie zauważył.

- Przecież pochodnie możemy zapalić - zauważyłam.

- One też były na prąd - oznajmił ojciec, po czym dodał, czując nasze spojrzenia - no wiesz, inaczej wszystko by się tu spaliło.

Kiedy Persefona wreszcie przyniosła świeczki i rozstawiła je w całym pomieszczeniu, wreszcie wszyscy mogli usiąść i jeść - ci, którzy wcześniej nie zdążyli złożyć komuś życzeń, robili to po ciemku. Umarła kapela znów zaczęła coś cicho grać. Miały to chyba być kolędy, ale kłóciłabym się.

Przez chwilę nikt nic nie mówił i zdążyłam zorientować się w najbliższym towarzystwie: obok mnie siedział Nico, a ze trzy miejsca na lewo Katherine, więc w razie czego mogłyśmy do siebie krzyczeć. Lydia usadowiła się po prawej stronie taty. Przysługiwało jej to miejsce, ponieważ była najstarsza z nas wszystkich, chociaż ja chyba wolałabym nie siedzieć tak blisko Persefony, która zawsze rzucała nam podejrzliwe spojrzenia. Było nas dużo i nie wszyscy urodzili się przed przysięgą, co trochę mnie wkurzało, bo zachowywali się, jakby pozjadali wszystkie rozumy, a tak naprawdę to nasza czwórka była najbardziej doświadczona.

Potem salę wypełnił szczęk sztućców i szmer rozmów, który powoli przeradzał się w ryk. W pewnym momencie, kiedy wszyscy już się napchali (potem odkryłam, że nie tylko ja czułam się jak kulka, która ledwo się toczyła), tata wstał z miejsca, czym zwrócił na siebie uwagę.

- Wigilia bez prezentów to nie Wigilia, i choć normalnie was nie rozpieszczam - tu kilka osób zrobiło znaczące miny i pokiwało głowami - dziś każdy z was dostanie coś ode mnie.

Klasnął, a do sali wszedł nie kto inny jak Charon z workiem na plecach. Czyli jednak nie był sztucznie wypchany.

Wyczytywał nas według jakiejś listy, na pewno nie ułożonej alfabetycznie. Kiedy wreszcie dostałam swoją paczkę, nie miałam pojęcia, co to może być. Było za chude na książkę lub płytę. Ogólnie to wyglądało jak kartka papieru. Rozerwałam papier i moim oczom ukazała się najpiękniejsza rzecz w życiu: bilet na koncert Macklemore'a w przyszłym roku. Chciałam zacząć piszczeć, ale nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Katherine pomachała mi przed oczami, ale ja tylko wpatrywałam się w magiczne "meet&greet" na bilecie.

- Diana się chyba zapowietrzyła - stwierdził z uśmiechem Nico, patrząc na mój prezent. Sam głaskał szarego kota, który mruczał zadowolony. Lydia chciała coś powiedzieć, ale wszystko zagłuszyło Last Christmas. Serio? Taka piosenka w Podziemiu i to jeszcze tak głośno? Spojrzałam na zespół pod ścianą, ale oni tylko bezradnie kręcili głowami. Tata wyszedł szybko, był wyraźnie wkurzony. Wrócił dopiero, kiedy znów zapadła względna cisza.

- Dusze w Elizjum pozwalają sobie na zbyt wiele - westchnął, od niechcenia strzepując ostatnie płomyki ognia z rękawa koszuli. - Będę musiał coś z tym zrobić.

 

 

Powoli kierowałam się do mojego pokoju, żeby wreszcie się położyć i pozwolić tym wszystkim kaloriom powiększyć mój tyłek, kiedy ogromne drzwi otworzyły się po raz kolejny i do pomieszczenia wpadł zapach zboża.

Jęknęłam w myślach i patrząc po minach innych, zrobili dokładnie to samo. W drzwiach stała bowiem Demeter z koszem pełnym... czegoś, ale z pewnością nie było to dobre.

- Kochani, wreszcie tu dotarłam! Przepraszam, ale na Olimpie naprawdę dużo się dzieje. Ares znów kłóci się z Ateną...

- Z pewnością to interesujące - przerwał jej brutalnie Hades - ale po co tu przyszłaś? - spytał bez ogródek. Demeter zrobiła oburzoną minę i postąpiła kilka kroków do przodu.

- No jak to? Trzeba dać młodym zdrowe jedzenie! Otręby doskonale pomagają na trawienie, a w tej niezwykłej mieszance z... - dalej gadała coś o owsiankach wzbogaconych o tłuszcze roślinne nowej generacji (nie wiem, czy to znowu takie zdrowe), w każdym razie po piętnastu minutach doszła do sedna sprawy - więc każde z was, moje misie pysie - tu miałam ochotę jej przywalić - dostanie ode mnie po pysznej owsiance wzbogaconej o dodatkowe składniki! - zakończyła swoją przemowę, a moje pragnienie uderzenia jej wzrosło parokrotnie. Gdyby to nie była bogini, rzucilibyśmy się do ucieczki. Ale ona i tak by nas złapała, więc posłusznie ustawiliśmy się w kolejce po owsiankę.

Nie miałam siły zjeść nic więcej, ale Demeter uparła się, byśmy usiedli jak porządni ludzie i chociaż spróbowali. Gdyby nie była boginią, zginęłaby przez nasze mordercze spojrzenia.